Brewdog HopShot – Jak bym chciał likier, to bym kupił likier

To miał być hicior. Urodziny o włos, pojawiła się okazja ściągnięcia HopShota prosto z Brewdoga ze Szkocji, za jedyne 40 PLN (2/3 ceny z z naszego warszawskiego multitapu!), więc nie był co się certolić. W końcu kiedy pić wyjątkowe piwa, jak nie w wyjątkową okazję? Świeczki na torcie odpalone, otwieramy mikroskopijną (zaledwie 110 ml) butelkę. Że mała? Ale w niej nie byle jakie piwo, bo wymrażane (moda jakaś?) poczwórne (!!!) West Coast IPA. Wiadomo, że wymrażanie to droga sprawa jest i akurat tu bardzo mnie cieszy, że możemy dostać de facto sampla mocnego, bo 22-procentowego piwa w akceptowalnej cenie. Oczywiście per butelka, a nie per objętość, bo wtedy robi się ponad 200 PLN. Grubo.

W zapachu też grubo. Jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Już po zdjęciu kapsla czuć owocową bombę. To naprawdę jest chmielowy shot, a w zapachu czuć faktycznie wiele różnych tropikalnych owoców. Brudogi mówią, że to West Coast IPA i faktycznie zapach mega „łestkołstowy”. Po przelaniu do szkła nie jest już jednak tak różowo – gdy zakręcimy i wdechniemy opary, można się udusić, bo owoce zostają momentalnie przygniecione przez potężny alkohol. Kurde, piłem 16% Bubę Extreme, gdzie procenty były kapitalnie wkomponowane, a niewiele mocniejszy HopShot zdecydowanie bardziej przypomniał mi w tym aspekcie Sink The Bismarck. I nie – to nie jest komplement.

W smaku nie jest o wiele lepiej. Dużo analogii z Sink The Bismarck: wytrawna do bólu owocowa pulpa, smak likierowy, ale z dysonansem (no bo jak to tak, wytrawny likier?) i niestety dominujący wszystko alkohol. Wypiłem trochę siłą woli. Czy to oznacza, że wyrzuciłem pieniądze? Gdyby to była butelka 0,5, to tak. Ale ja lubię eksperymentować z kraftowymi piwami – wędzenie owczym gównem, śledzie, papryka, chrzan, nic co piwowar wrzuci do kotła nie jest mi obce 🙂 W tej sytuacji 40 PLN mogę odżałować i jeśli macie podobne podejście jak ja – możecie spróbować. Ale nie rzucałbym się jak dzik na żołędzie, bo to wywar wyjątkowo niszowy.