Wazelina zawsze w cenie, czyli czego uczy szkoła

Ostatnio jakieś strajki i krzyki były jak to dzieci strasznie przy reformie szkolnictwa ucierpią. Ja jestem ostrożnym zwolennikiem tej reformy, a ostatnie zdarzenie w szkole Starszego dowiodło tak naprawdę, że szkoła mogłaby mieć i 50 klas, bo nic się nie zmieni, póki niektórym nauczycielom nie zmieni się mentalność…

Starszy, piątoklasista, wziął udział w konkursie recytatorskim. Pomogłem mu przygotować stronę aktorską „Pani Twardowskiej”, gdy uczył się na pamięć na lekcję polskiego, dostał szóstkę i polonistka stwierdziła, że koniecznie musi zgłosić się na konkurs. Super, poczuł się doceniony, jest ekstra. Podejdziemy do sprawy ambitnie, Małżonka wybrała wiersze mocno niestandardowe i naprawdę wymagające („Oda do sznurowadła” Ludwika Jerzego Kerna i „Śpioch” Jana Brzechwy). Starszy wyrył na blachę, ja pomogłem mu opracować całą warstwę aktorską (gestykulacja, odpowiedni ton głosu, zatrzymania/przyspieszenia, itd.). Wyszło genialnie, w dobrych chwilach („O, sznurowadło!”) dramatycznie łapał się za pierś, parskał z pogardą do tego sznurowadła („Do ciebie mówię, sznurku marny!”), naprawdę rewelacja. Aż nadszedł czas konkursu.

  • Zaczął od wiersza, który szedł mu trochę gorzej, ale drugiego wiersza nie dano mu powiedzieć, bo „nie ma czasu”.
  • On zgodnie z regulaminem wyrył na blachę dwa, a były dzieci, które czytały z kartki jeden.
  • Następny etap? Starszego oczywiście na liście nie ma, a jest dziewczynka, która wydukała jednym tempem „Kwokę”. Dwa razy krótszą od „Sznurowadła”, prostą językowo, bez zmian tempa, generalnie wiersz, którego uczyli się na konkurs drugoklasiści! Stopień skomplikowania „nieco” mniejszy.

Zastanawiam się, co w takiej sytuacji powinienem powiedzieć dziecku, które odwaliło kawał świetnej roboty i włożył mnóstwo serca, deklamując wiersz tak, że zawstydziłby wielu dorosłych? Nie chodzi o to, że to moje dziecko, to naprawdę obiektywnie robiło wrażenie! Co mam mu powiedzieć, że nie liczy się praca, którą włożysz, tylko sympatie? Że po to, by odnieść sukces, trzeba umiejętnie włazić w dupę? Że nie liczy się praca, tylko kontakty? Że ustalenia sobie, a faktyczne kryteria sobie? Samoocena idzie w piach, a to jest akurat aspekt, który dla Starszego jest BARDZO istotny i każdy pozytywny bodziec BARDZO mu pomaga.

Jestem ekstremalnie rozżalony, od kilkunastu godzin o tym myślę i nie wiem, jak mam to dzieciakowi wynagrodzić, bo mi go autentycznie strasznie szkoda, widziałem jak wielką pracę w to włożył. Czego w tej sytuacji uczy go szkoła? Że w pewnych sytuacjach liczy się cwaniactwo i podlizywanie, a ciężka wielogodzinna praca nikogo nie obchodzi. Sprawiedliwość? Jaka sprawiedliwość? Trzeba zreformować cwaniacką mentalność niektórych dorosłych, ale w pewnym wieku już nic się nie zmieni, trzeba zaorać i zasiać od nowa.

A że cierpi dziecko? No ale pupilek pójdzie się ośmieszyć na kolejnym szczeblu. Ja bym nie potrafił spojrzeć sobie w oczy.

PS: Kupiłem mu OGROMNĄ czekoladę 🙂