LG G6 – Koniec marnotrawstwa

Ostatnimi czasy zauważyłem, że nowe smartfony mnie nudzą. Zastanawiam się, ile w tym czegoś w rodzaju kryzysu egzystencjalnego (wiek średni, natury się nie da oszukać), a ile – well, tego, że producenci nieco spoczęli na laurach. Pisałem kilka tygodni temu, że te wszystkie urządzenia są do siebie chwilami bliźniaczo podobne, a wyścig na gazyliony petaherców i pierdyliardy terapikseli już sięga granic absurdu. I co teraz – wymyślać koło na nowo? Przecież każdy telefon będzie podobny do siebie! O… LG G6.

Ja już mam spaczony umysł, od cholery widziałem, a ten telefon wywołał we mnie odruch Pawłowa. Dobra, może nie literalnie, bo wyglądałbym jak kompletny kretyn, ale mam wrażenie, że zaświeciły mi się oczka. „Do trzech razy sztuka” – mogłoby powiedzieć LG. Skóra w G4 – ładne, ale miałem mieszane uczucia. Modułowość G5? Dobra, ładny był, ale w sumie to ciszej nad tą trumną. Pierwsze spojrzenie na G6 i wiedziałem, że tu się udało. Wąziutkie ramki, zero poczucia marnotrawstwa (głośniki muszą się gdzieś zmieścić, poza tym nie czułbym się komfortowo, nie mając o co oprzeć dłoni, jakieś takie małe coś musi być). Czytałem, że mieszane uczucia wywołują „plecki” G6. Że szkło przypomina plastik/gumę? Dla mnie i tak jest ładne i mam wrażenie, że to podobny materiał jak w niezapomnianej serii G Flex. A to oznacza, że jeśli dostajesz amoku na widok każdej rysy, możesz przestać się bać, bo o ile nie zarysujesz powierzchni toporem, rysa „wsiąknie”.

Marketingową lokomotywą G6 – oprócz ramek – jest ekran 18:9, obsługujący HDR. Co do HDR – well, im mniejszy ekran tym trudniej zobaczyć różnicę, ale taki The Grand Tour, kręcony w tej jakości, generalnie urywał dupę równie mocno jak na wielkim telewizorze. Choć przyznam, że większe wrażenie zrobił na mnie właśnie szeroki ekran. Np. Netflix obsługuje wide screen na telefonie i kiedy ustawiłem w opcjach (można to zrobić w dowolnej chwili dla każdej aplikacji, lub z poziomu menu dla wszystkich) 18:9 z cieniutkimi ramkami, przy zgaszonym świetle w sypialni, wyglądało ol-śnie-wa-ją-co. Jakbym trzymał w rękach mały kinowy ekran 🙂

Oczywiście dodatkowe 2:9 nie przydaje się wyłącznie w aplikacjach zewnętrznych. Robiąc zdjęcie nie musimy już zaglądać do albumu, by przyjrzeć się kilku ostatnim fotografiom, bowiem pojawiają się poniżej okna aparatu. Sam aparat można też używać w „trybie kwadratowym”, co pozwala np. na nakładanie kolejnych zdjęć na przezroczystą fotografię z tego samego miejsca. Po co? Załóżmy np., że chcecie dokumentować jakąś długo trwającą zmianę w okolicy, choćby budowę metra przy waszym bloku, takie timelapse’y, ale na przestrzeni dni, tygodni, czy miesięcy. Aparaty oczywiście mamy dwa, o różnych światłach i przede wszystkim kątach widzenia, podstawowy z optyczną stabilizacją obrazu. To akurat nic nowego, ten model znamy z G5 (choć nieco zmieniły się kąty widzenia aparatów), ale wciąż bardzo podoba mi się możliwość zmiany planu zdjęcia jednym kliknięciem. Na ekranie składającym się z dwóch kwadratów możemy też otworzyć dwie aplikacje. Tak, wiem – to nie nowość, ale fakt, że każda otwiera się w kwadratowym oknie, powoduje, że nic się nie reskaluje, niezależnie od tego, jak ustawimy telefon. Po co? Hmmm, podobno są tacy, którym to się przydaje.

Mocno odświeżony jest też interfejs użytkownika – wydaje się świeższy, radośniejszy, no i oparty o zaokrąglenia, będące znakiem rozpoznawczym LG G6. Telefonu jak dla mnie bliskiego ideałowi, dla niektórych może zbyt grubego, ale mnie ani to, ani 163g masy nie przeszkadza – w końcu to telefon, nie zabawka dla dzieci. I nawet jak wpadnie do wody, to nic się nie stanie. No kurde, ślinię się. #chcetobardzo i nic nie poradzę.