Renault Zoe – Cicha wrotka z ogniem pod maską

Lubię takie testy 🙂 Tu telefon, tu opaska, to jakieś inne IoT, aż tu nagle… samochód 🙂 Po tym, gdy jakiś czas temu w moje łapki wpadł Renault Fluence Zero Edition, nie mogłem sobie odpuścić okazja przejechania się nowym – czy raczej nowszym – wynalazkiem francuskiej firmy. Tym razem nie jest to „benzyniak, którego zrobiliśmy bardziej eko”, lecz samochód od początku tworzony jako elektryczny – Renault Zoe.

Od razu na początku disclaimer: nie jestem dziennikarzem motoryzacyjnym, nie spodziewajcie się więc, że przeczytacie tu tego typu test. Zoe przejechałem ok. 100 kilometrów po mieście i – jak to zawsze na ChcęTo Blogu – podzielę się z Wami wrażeniami okiem zwykłego użytkownika.

Gdyby nie charakterystyczne oklejenie, to… też można by było poznać w Zoe samochód bezemisyjny (czyli w 100% elektryczny), trzeba tylko spojrzeć nań z nieco bliższej odległości. Producenci są przewidywalni do bólu i wiadomo, że jeśli w akcentach na zewnątrz auta wyraźnie widać kolor niebieski, to wiadomo, że mamy do czynienia z elektrykiem. W środku Zoe dla odmiany dominuje biel i niestety twarda plastikowa biel. Mimo ceny bliskiej 100 tys. PLN w środku jest niestety nieco tandetnie 🙁 Ale z drugiej strony – całkiem wygodnie i ponoć nawet z tyłu, choć kolega, który tam jechał, zaliczał się raczej do tych mniejszych. Pozytywnie zaskakuje bagażnik, który mam wrażenie, że jest większy o Fluence’a, choć tam mamy do czynienia z autem o dwa segmenty wyższym od miejskiej „Zośki”.

Lepiej jest też, gdy przyjdzie pora do jazdy! 🙂 Elektryczny silnik to oczywiście moment obrotowy od samego „dołu” i o ile na dłuższy dystans nie mamy szans z benzyniakami, to już ruszając ze świateł nie będziemy mieć żadnego problemu, by „wbić” się przed tego żółwia na pasie obok. Nie mierzyłem przyspieszenia, ale mam wrażenie, że na cyfrowym prędkościomierzu 50 km/h pojawia się praktycznie od razu, kosztem (jeśli wciśniemy pedał w podłogę) lekkich sensacji żołądkowych. Tak – ja generalnie na tego typu sytuacje jestem odpornym, ale Zoe uruchomiła mi w brzuchu delikatne motylki. No ale nic dziwnego, skoro mamy do czynienia z samochodem wyraźnie lżejszym, niż wspominany Fluence. Oczywiście, jeśli czujemy, że dynamika nieco nas przeraża (albo jeśli głosujemy na zielonych 😉 ), można wybrać tryb „Eco”. Efekt to przede wszystkim znacznie spokojniejsze zrywy, bardziej charakterystyczne dla miejskich „maluchów”, większy dystans do przejechania na bateriach i… natychmiastowe wyłączenie, jeśli wjedziemy na trasę szybszego ruchu, bowiem, gdy jedziemy ekologicznie, nieważne jak mocno wdepczemy w podłogę pedał, i tak pojedziemy maksymalnie 95 km/h 🙂 Aha, jeśli chodzi o pedały, mamy oczywiście do dyspozycji dwa. Zoe, jak przystało na elektryka, napędza przekładnia bezstopniowa i nawet ja, przyzwyczajony do mieszania lewarem, nie miałem z tym żadnego problemu.

No i – podobnie jak we Fluensie – musimy uważać, przede wszystkim jadąc po osiedlowych uliczkach, bądź zbliżając się do przejścia dla pieszych bez sygnalizacji. Taki obrazek jak ten z boku to codzienność dla kierowcy elektrycznego auta i o ile na osiedlu i tak jedziemy wolno, a przede wszystkim można po prostu wychylić się i krzyknąć „przepraszam” :), to przemieszczając się szybciej po drodze musimy uważać na wszechobecną „stonkę” z oczami wlepionymi w smartfony, bo szkoda i samochodu i – przede wszystkim – sumienia.

Kiedy podjechałem Zoe w miejsce mojej pracy zawodowej, kolega rzuciwszy tradycyjnie dla siebie krytycznym okiem na mój kolejny testowany wynalazek stwierdził:

Czekam na taki samochód, który będzie ekonomiczny, w miarę pojemny i w akceptowalnej cenie

I tu stajemy nad grobem biednego Azorka. O ile Zoe jest faktycznie całkiem pojemny (pojemna?) to z pozostałymi wskaźnikami nie jest już tak dobrze. Jazda kolejnym „elektrykiem” pokazała mi, że uwielbiam te auta, ale wciąż niezrozumiały pozostaje dla mnie model biznesowy Renault z comiesięczną… płatnością za wynajem akumulatorów. Ponad 450 PLN miesięcznie sprawia, że koszty eksploatacji samochodu z założenia oszczędniejszego robią się większe, niż w przypadku wysokolitrażowego benzyniaka, a to już śmierdzi oparami absurdu. No i cena… W takiej Norwegii na przykład kupując „elektryka” nie płacimy bardzo wysokiego podatku od zakupu nowego auta (może nawet przekraczać wartość samego pojazdu!), 25-procentowego VATu i corocznego podatku drogowego, „tankujemy” za darmo, nie płacimy za buspasy, autostrady i parkowanie. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o „elektryka” w Polsce. A szkoda, bo po raz kolejny wiem, że: