No siema wiosna!

Nie-na-wi-dzę zimy. Generycznie suki nie cierpię, ja mógłbym przez całe życie mieszkać w takim Miami (że o Malediwach nie wspomnę 😉 choć tam to ponoć woda nie jest zainteresowana rozwojem lądu). Nawet jako dzieciak nie przepadałem za wyłażeniem na sanki, a teraz duma mnie rozpiera, że moje dzieci takie duże i nie potrzebują już zimą wsparcia na górce, same mogą iść. Dobra, wcale nie duma – radość, bo ja wtedy mogę siedzieć w domu i ogrzewać się jakimś RISem.

Zima to zło. Jest zimno, szybko robi się ciemno, dominuje teoretycznie śnieg, a praktycznie błoto, plucha i pierdzielona szarość. Wychodzisz do pracy – ciemno, wracasz z pracy – k***a CIEMNO! Aż się chce pochlastać, ewentualnie powiesić. Wspaniały czas do rozwijania swoich pasji, takich jak na przykład, hmmm…, depresja?

Dla mnie (ciekawe, czy dla Was też?) wszystko się zmienia jednego konkretnego dnia. Ostatnia niedziela marca ma w sobie jakąś magię. W dużej części ze względu na zmianę czasu, jednak sytuacja, gdy nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ciemno robi się dopiero wtedy, gdy dzieciaki kładą się do łóżka 🙂 Już od tego od razu bardziej się chce, a jeśli do tego dochodzi jeszcze świecące słoneczko, śpiewające ptaszki, temperatura, która pozwala odwiesić w cholerę do szafy znienawidzone zimowe kurtki. TAAAAK! I nawet sytuacja (a w ciągu ostatnich dwóch lat zdarzyło się chyba dwa razy), gdy zima jeszcze ostatkiem sił wstaje z grobu (pamiętam spacer ze święconką i rzucanie się śnieżkami, ale zaspy w majówkę były lepsze) nie jest w stanie mi popsuć nastroju.

Wiosna! Lato! Coraz więcej zieleni, coraz cieplej, rower radośnie wyjeżdża z rowerowni, do łask wraca Endomondo, a RISy ustępują miejsca jako piwo codzienne witom, grodziszom i innym rześkimi produktom światowych warzelni. Jest pięknie, its bjutiful!

Tylko ten krokus jakoś symbol zarazem wiosny i trzeźwości jakoś mi nie leży 😉