Bankowość Mobilna przez wielkie B i M

Tym razem wpis gadżetowy przeciągnąłem do środy, ale był ku temu powód. Z mBankiem jestem od początku jego istnienia. Pamiętam jak dziś, gdy siedemnaście (Jeeezu!) lat temu z uśmiechem na ustach zamykałem konto w jednym z dwóch krajowych molochów, ze świadomością, że nie tylko nie będę musiał płacić za prowadzenie nowego, ale wreszcie nie będę musiał stać w tych cholernych kolejkach! Od tamtej pory jestem z łódzkim bankiem na (zazwyczaj) dobre i (w ostatnich miesiącach) złe. Z jednej strony czuję się młodo i jestem early adopterem wszelkich mobilnych technologii, ale z drugiej jestem na tyle stary by nie lubić zmian, więc trwałem przy mBanku klnąc pod nosem, że nowatorstwem (nowatorskością?) zaczyna odstawać od konkurencji. Aż do dziś.

Jestem wielkim zwolennikiem smartfonu jako centrum naszej cyfrowej egzystencji. Z przynajmniej dwóch powodów – wygody i bezpieczeństwa. Wygoda to sprawa oczywista: dyktafon, aparat, odtwarzacz muzyki, notatnik, wreszcie – last, but not least – narzędzie płatnicze. „Wygoda tu jest” – powiecie. Ale bezpieczeństwo? Też jest, ale zależy od tego, jak podejdziemy do sprawy. Przy blokadzie telefonu odciskiem palca i użyciu oprogramowania, które po X prób czyści telefon do stanu fabrycznego, nawet gdy go zgubimy, nie damy złodziejowi szans. Jeśli boimy się, że po pijaku zablokujemy go sami ;), jest jeszcze Menedżer Urządzeń Android, za pośrednictwem którego zgubiony telefon możemy zablokować i wymazać zdalnie.

W świetle powyższego mocno mnie zastanawia, czemu w ogóle płatności za pośrednictwem telefonu mają przeciwników?

  • Wybiegamy z domu na szybko – w dzisiejszych czasach zdecydowanie łatwiej zapomnimy karty/portfela, niż telefonu
  • Jesteśmy roztrzepani, łatwo gubimy rzeczy – hmmm, kartę zdecydowanie łatwiej zgubić, niż telefon
  • A jednak zgubiliśmy – kartę sprawca przytknie do terminala w sklepie i porobi zakupów za 49,99 do momentu aż się zorientujemy; telefonu nie odblokuje (chyba, że damy kod 1234, albo podobny)
  • Terminal będzie miał zainstalowane złośliwe oprogramowanie (to niestety się zdarza, choć póki co w USA) – w przypadku standardowej transakcji może wykraść dane naszej karty, a w konsekwencji pieniądze; w przypadku Android Pay terminal nie otrzymuje faktycznych danych naszej karty, lecz informacje o karcie wirtualnej wygenerowanej w ramach Android Pay, której nie da się tak łatwo skopiować, czy wykorzystać w celach przestępczych.
  • W karcie nie skończy się prąd – no tu jestem w stanie się zgodzić, ale z drugiej strony, to kto z Was nie doładowuje telefonu w pracy?

Ergo – ja widzę same plusy i cieszę się, że nareszcie bank określający się sam Ikoną Mobilności dołączył po tylu miesiącach do Android Pay. Cieszę się tym bardziej, że to nie był jedyny krok. Nowa aplikacja mobilna (choć zajmie mi chwilę czasu przyzwyczajenie się do niej) to esencja mobilnej bankowości. Możliwość logowania i zatwierdzania przelewów na zdefiniowane konta odciskiem palca (do nowych kont wciąż niezbędny PIN, brawo!), powiadomienia push o transakcjach z konta (w razie wątpliwości możemy zablokować dostęp i złodziej nie zrobi nam większej krzywdy) zamiast jak do tej pory płatnego SMSa, a nawet (tego się nie spodziewałem, fajna sprawa) informacja o tym, czy w porównaniu do ostatnich miesięcy zarządzamy naszymi pieniędzmi bardziej, czy mniej lekce. Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie potrzebuję przeglądarki.

Chapeaux bas.

Grafika na stronie głównej: Screenshot z filmu ze strony mbank.pl