Withings Go – Ładowanie? Jakie ładowanie?

Takiego wpisu dawno nie było! Cud się stał, tym razem testuję nie gadżet, który dostałem, ale… wygrałem! Czasem i mi szczęście sprz… sprzy… sprzyjnie? ;), poszedłem na jakąś dużą imprezę we firmie, wypełniłem ankietę, a tu – bum! – info: „Jak możemy dostarczyć wygraną!”.

Nie obserwowałem przez ostatnie lata losów marki Withings, ale od zawsze kojarzyła mi się z inteligentnymi wagami. Szeregiem zrządzeń losu ostatecznie trafiła w ręce Nokii i jej produkty… wciąż nie są dostępne w Polsce. Chyba, że się je wygra 🙂

Withings Go to nieco inne, niż standardowe, podejście do fitness trackera. I jak przystało na innowacje – budzi mieszane uczucia. Kluczowy plus jest bezapelacyjny. Jak bardzo nienawidzicie ładować co kilka dni swoich zegarków i opasek? No właśnie. Tutaj tego problemu nie ma! Malutkie urządzenie o średnicy 34,5 mm i grubość niecałego centymetra mieści standardową baterię CR2032, która wystarcza na… 8 miesięcy. Tak, nie pomyliłem. Się. Nawet jeśli ta liczba – w sumie standardowo – jest przesadzona, to o wymianie kosztującej kilka PLN baterii będziemy musieli przypomnieć sobie najwcześniej po pół roku!

Oczywiście nic za darmo, więc nie spodziewajcie się wodotrysków. Na ekranie w standardzie e-ink zobaczymy ludzi idącego lub biegnącego oraz otaczające go kreski, obrazujące procent wykonania zaplanowanych na ten dzień kroków. Po wciśnięciu (dość mocno do wyczuwalnego kliknięcia) obraz przełączy się na kilka chwila na wskazówkowy zegarek. I to tyle. Oczywiście tylko jeśli chodzi o ekran, bo sporo więcej zobaczymy w aplikacji, dostępnej zarówno na Androida, jak i iOSa. Godziny rozkład kroków, informację o tym kiedy biegaliśmy, ew. pływaliśmy (opaska – czy raczej pastylka – rozpoznaje rodzaj aktywności fizyczną, no i jest wodoodporna) oraz jakoś snu – standardowo czas, gdy spaliśmy, głęboko, płytko i wybudzaliśmy się, a także ile czasu zajęło nam udanie się w faktycznie objęcia Morfeusza.

Gdzie jest kruczek? Spójrzcie niżej, ew. na obrazek na stronie głównej. Opaska, do której wsuwamy naszą pastylkę, wygląda obrzydliwie, jest zrobiona z twardego plastiku a przy próbie wciśnięcia w nią urządzenia osoby z mniejszym sprytem/siłą fizyczną mogą połamać paznokcie. A po co w ogóle ją wyjmować? Cóż, ja wstydzę się nosić na co dzień coś, co pasowałoby bardziej do moich synów, więc w trakcie dnia wsuwam Go („goł” znaczy się, a nie go, tego pastylka”) do nieco mniejszego wariantu, który mogę przypiąć do paska i schować pod t-shirt. No ale wieczorem, jeśli chcę mierzyć sen, warunkiem jest założenie urządzenia na rękę w opasce i przełączenia wewnątrz aplikacji trybu noszenia. Gdyby nie to, byłoby kurczę całkiem fajnie, ale w sumie za niecałe 50€ to nie ma co marudzić.