Maryensztadt Projekt 30 – Mocarze pełni słodyczy

Do odważnych świat należy! A jeśli jeszcze ci odważni porywają się z motyką (czy raczej piwowarską łychą) na słońce, zapowiadając serię piw o iście królewskim ekstrakcie 30 BLG, to nie ma wyjścia – trzeba im kibicować! To znaczy może niekoniecznie trzeba, bo nie każdy lubi nalewać do szkła „słodowy olej”, ale ja – jak stali czytelnicy wiedzą – pacierza i mocno ekstraktywnych piw nie odmawiam. Kiedy więc dowiedziałem się, że znów parę przystanków ode mnie, w Quflu, leją #2 z Projektu 30, godnego podziwu przedsięwzięcia mazowieckiego Browaru Maryensztadt, musiałem tam zajrzeć. I tak sobie pomyślałem, że w zasadzie oba piwa z tej serii można opisać w jednym tekście, bowiem mają ze sobą sporo wspólnego.

Co? Przede wszystkim słodycz. OK, duże BLG to niekoniecznie płyn morderczo słodki, co udowadnia choćby Black z Mikkelera, który przy swoich 17,5% (a piłem też wersję vintage o zabójczej mocy 18,8%) okazała się być zaskakująco wytrawna. Wywary z Maryensztadtu – well, nie są, ale to niekoniecznie znaczy, że można by polewać nimi tosty (choć raczej trzeba lubić słodycz w piwie, by spożywać je z radością). W przypadku #1, portera bałtyckiego, jak dla mnie jednak przekroczone zostały lekko granice przesady. Choć z drugiej strony można się było tego spodziewać – 10,5% alkoholu z ok. 30 BLG oznacza, że cukrów resztkowych zostało naprawdę dużo. Barley wine’a udało się odfermentować lepiej – wciąż oczywiście było słodko, ale to już było coś w rodzaju syropu, czy owocowego lizaka, z truskawkami (dzięki Rami!) i – nie wiem, co ja mam, że czuję je w większości ekstraktywnych jasnych piw – kwiatami. Może dlatego, że ciemne słody to jednak dominacja paloności (coś tam w „Bałtyku” nieśmiało spod słodyczy wyglądało), a przy jej braku w jasnych piwach mój mózg szuka czegoś, co mu pod konsystencję i barwę pasuje. Oba piwa są zdecydowanie deserowe, ale o ile #2 mógłbym wypić pod ciasto, to #1 raczej zamiast ciasta. W smaku nie czułem przesadnego alkoholu, ale w zapachu z barley wine’a, szczególnie po zamieszaniu, C2H5OH już wyraźnie parowało. Aczkolwiek o ile po wypiciu Portera po wstaniu nie czułem większych zmian w percepcji zmysłowej, to w przypadku BW już po opróżnieniu połowy szkła już byłem świadom, że w puszce mózgowej szumi. Jak ktoś się zamyśli i zamówi sobie duże (ja piłem 0,3), przy próbie wstania może być mocno zaskoczony.

Choć koncepcję Projektu 30 zdecydowanie i bezdyskusyjnie szanuję, jestem też świadom, że nie są to piwa dla każdego i na każdą porę. Nie wyobrażam sobie picia takiego mordercy w letnie popołudnie, bo wtedy jeden to aż nadto, diabetykom też raczej #niepolecam. Dla fanów 25+ BLG to jednak w mojej opinii pozycja obowiązkowa przynajmniej na raz. Jestem bardzo ciekaw, co następne w serii. Może Belgian Qua… Qui… Settuple? 😉