Quo vadis, smartwatchu z Androidem?

Mam dylemat. Chyba spory. Bo o ile z jednej strony – jak wiecie – uwielbiam nowe technologie, jestem early adopterem wszystkiego, co tylko mogę to chowam do kieszeni, przypinam do pasków i zakładam na ręce. Problem pojawia się wtedy, gdy zastanawiam się nad sensem konkretnego urządzenia…

Akurat ostatnio mam okazję bawić się dwoma, kompletnie odmiennymi smartwatchami (o każdym z nich napiszę za jakiś czas), ale dziś – nieco felietonowo, nieco gadżetowo (ale jednak we wtorek). Rozpieszczony Garminem FR630 zastanawiam się nad sensem istnienia zegarków z Android Wear. No bo jak byście się czuli, gdybyście (przez jakiś czas nie biegałem/nie jeździłem na rowerze, zimno było) po 3 tygodniach przypomnieli sobie: „O Jezu, nie naładowałem zegarka?”. Jakoś tak sobie wisiał na ręku, czasami na niego patrzyłem, ale przecież zegarki się wyładowują? No – zostało kilkanaście procent…

No to siup, pora przetestować Huawei Wear 2.0. Doładowuję, zakładam, rano wstaję, a tu… kilka procent? Serio? No to sprawdźmy jak dziś spałem. Gdzie ten soft ma informację o śnie? O? W ogóle nie ma… To na cholerę mi taki zegarek?

Urządzenia elektroniczne niestety mają do siebie to, że do działania potrzebują prądu. Jakim cudem przy dwóch podobnej wielkości urządzeniach jedno potrafi działać 20 razy dłużej? Że ma ekran nieco ładniejszy, że puls czasami zmierzy? Podczas majówki przebiegnę się z oboma i porównam jakość wskazań plus różnice w odczycie pulsu, ale szczerze Wam powiem, że w tej chwili mając wybór za podobne pieniądze nie kupię lifestyle’owego urządzenia na Androidzie, mimo iż jestem fanem systemu z zielonym robotem, a fakt, iż są firmy, które w urządzeniach używają własnych rozwiązań wywołuje we mnie wzdryg, kupuję Garmina. I zasiadam strapiony z myślą nad tym, czy zegarki z Androidem mają w ogóle jakikolwiek sens?