Węgierskie krafty, czyli… chyba wolę wino

Majówka na Węgrzech: pełny dzień jazdy (z dziećmi, nie da się ciągiem na raz), mózg odpoczywa, nie trzeba myśleć o pracy, nad Balatonem grzeje słoneczko, czegoś brakuje? W sumie tylko lokalnego kraftu, c’nie? Okazja pojawiła się, kiedy pojechaliśmy do Budapesztu. A przynajmniej tak mi się wydawało, gdy po godzinnym krążeniu w celu znalezienia miejsca do parkowania (pozamykane ulice w centrum, zachciało się nam 1 maja jechać…) po 16 tys. kroków zwiedzania podjechałem metrem do Beer To Go. Jurek Gibadło napisał, że tam jest pełen wybór madziarskiego rzemiosła, więc gdy już z daleka widziałem wybór butelek, ryj mi się sam uśmiechał 🙂 Aż do momentu, gdy podszedłem do drzwi i zobaczyłem, że… są zamknięte 🙁 Właściciel tłumaczył mi potem na FB, że przecież było święto i z jednej strony go rozumiem, ale z drugiej – uparłem się na kraft i pozostał mi położony kilometr dalej pub Jónas. Z kranu nie miałem co pić, bo limit alkoholu za kierownicą na Węgrzech to 0,00 (a żona nie lubi prowadzić po ciemku). Wybór butelek mieli niewielki, wszystkie z browaru Reketye, skusiłem się na Budapest Pale Ale, czyli BUPA (dobrze, że nie Dunaj Pale Ale 😉 ) i Amber Ale o jakże zrozumiałej i oczywistej nazwie Kartarsno. O ja nieszczęsny…

W zasadzie to poświęcenie tym piwom zbyt dużego wpisu to marnotrawstwo czasu i energii w komputerze. Dlatego nawet nie dałem ich zdjęć – wolę pamiętać piękny widok Budapesztu z Góry Gellerta. No ale o piwach miało być. Zapach – DU… ups, sorry – BUPA to ohydna, sztuczna cukierkowa słodycz. Amber Ale – śmiałem się, jak Łukasz Matusik pisał, że piwo wali rzygami. No jak piwo może walić rzygami? No prze… BLEEEE! Skwaśniały, stęchły PAW. Obawiam się, że to nie mieści się w wytycznych BJCP dla stylu. Smak? BUPA to niemalże wspomnienia dzieciństwa i wczesnej młodości: to pierwsze to Vibovit, a drugie to gówniany eurolager. Mieszamy jedno z drugim i mamy Budapest Pale Ale! Kartarsno na szczęście smakuje lepiej, niż śmierdzi (kurde, chyba nie da się gorzej?). Jest gęsto (w ogóle piwo jest mocno mętne, chciałbym wierzyć, że to żytni słód w zasypie…), słodowo, zbożowo, trochę chlebowo. Ale nic ponad “na upartego mogę to wypić”. BUPA na Untappd dostała 0,75, Kartarsno – 1.25. Zdecydowanie

 

 

 

 

 

Jeśli to mają być przedstawiciele węgierskiego kraftu to ja wolę wino. Jak najbardziej kraftowe. Wiadomo, że Węgry = wino, a okolice Balatonu to jeden z regionów winiarskich/winnych/winnicowych(?). Przy głównej drodze z Alsoors do Balatonfured co jakiś czas widać drogowskazy na których w niezrozumiałym bełkocie lokalsów można zrozumieć tylko “Vino” 🙂 Zajrzałem w jedno z takich miejsc, kompetentny pan doradził. Wybrałem wersję najtańszą (dość relatywnie, 1600 forintów, to ok. 23-24 PLN). Kusiło mnie leżakowane w dębowej beczce :), ale wino było do rozpicia z małżonką, która nie lubi wytrawnych. Pan miał same wytrawne, ale jak każdy beer geek wie, beczka to zazwyczaj taniny i tego ślubna mogłaby już nie zdzierżyć. Zerknąłem na etykietę dzierżonej dumnie w dłoni butelki i okazało się, że jest na niej to samo logo, co na domu, w którym ją kupiłem 🙂 Tak więc po raz pierwszy w życiu mijałem miejsce, w którym wyrósł mój alkohol 🙂 A samo? Lekko i rześko (choć “pod maską” 12 ABV!), delikatnie kwaskowo. W winach jestem kompletnym laikiem, szukałem na butelce określenia szczepu winogron, ale było napisane tylko “Csersegi Fuszeres” 🙂 Barwa bardzo jasna, dążąca ku bieli, choć połowica widziała tam nawet nieco różowego. Według pana (znał się, w końcu sam je robił 🙂 ) wytrawne, ja czułem wyraźną, choć subtelną słodycz i faktycznie zero tanin. To było bardzo dobre. Tak – przynajmniej do następnej wizyty na Węgrzech – chcę zapamiętać jakość tutejszych alkoholi 🙂