Krafcie, a może po prostu pozostań niszą?

Miałem napisać o Węgrzech i Balatonie, ale dyskusja na Jepiwce nastroiła mnie do zastanowienia się nad sensem wychodzenia kraftu do ludzi. A wszystko wzięło się z tzw. Piwnych Terytoriów, które ostatnio pojawiają w różnych sklepach, m.in. w mojej osiedlowej Hali.

W sumie fajna sprawa, nie? Przynajmniej na pierwszy rzut mózgu. No bo przecież my, beer geekowie, niesiemy na sztandarach hasła: „Piwo to nie jest złocisty trunek!”; „Piwo to nie jest zupa chmielowa!”; albo po prostu: „Nie pijcie tych szczochów”. No i dobra, niech się uda i nasz znajomy pomyśli: „Tyle mnie namawiał, więc skoro mam już pod ręką, w osiedlowym sklepie, to spróbuję, nad czym on się tak masturbuje”. I co? I dupa.

Żeby choć te napisy na lodówce miały sens, żeby na dole faktycznie były piwa cięższe, a z prawej bardziej goryczkowe… Żeby chociaż to, co schowali w tej lodówce, było choć po części przekrojem kraftu. KRAFTU! Craft, czyli rzemiosło! Fajnie, że jest Gościszewo, wieczne chapeaux bas przed Michałem Saksem, którego „Darz Bór” był moim pierwszym „innym” piwem. To zdecydowanie jest dobry browar „wejściowy” do piw innych, niż korpolagery, ale co mamy poza tym? Fabrykę gwoździ w Witnicy? Drące łacha z beer geeków Jabłonowo z Belfastem na sztandarach? Ja wspominam Belfasta jako wyjątkowo lekkiego, z mojego żołądka coś ok. 20 lat temu uciekał bardzo szybko. Zatrułem się nim tak potężnie, że dopiero Porter Podbity Śliwką przekonał mnie, by dać podwarszawskiemu browarowi kolejną szansę. No i Gloger, słynący z podbijania własnych ocen na Ratebeerze. Dobra, jest jeszcze Perun z przynajmniej poprawnymi podstawowymi piwami, ale jedna jaskółka (przy całym szacunku dla pracy Adama Czogalli) wiosny nie czyni.

Może przesadzam, ale dla mnie te „Prawdziwe”, jak można przeczytać na lodówce, piwa, to tylko pół kroku od gówno wartych napojów do kraftu (i to tylko dzięki Gościszewu i Perunowi). I co ja mam teraz powiedzieć komuś, kogo namawiam na kraft, kiedy wypije większość „cosiów” z tej lodówki? Że to nie tak? Dlatego powoli dochodzę do wniosku, że może po prostu nie warto. Zwykłe „standardowe” sklepy były i pozostaną siedliskiem napojów piwopodobnych, ewentualnie z jakimiś drobnymi wyjątkami, i to w hipermarketach, które mogą wynegocjować większe zniżki i pozwolić sobie na utopienie kasy w nieco droższe „wynalazki”, bo prędzej, czy później i tak się sprzedadzą. Gros klientów spojrzywszy na piwo za 9 złotych (jakby zobaczyli Bible Belta BA to by zemdleli) parskną, że to perfumy dla ped… części rowerowych i kupią sześciopak „wareczki”.

W sumie to ja nie muszę edukować, nie zależy mi na przekonywaniu każdego do Piwa przez duże P. Musiałbym to robić tak, jak Łukasz Matusik odradza, chyba za nerwowy jestem, i tyle. Mam w dupie podśmiechujki, mogę być elitą. Niech nie piją, będzie więcej dla mnie. A piwu rzemieślniczemu zostawmy sklepy specjalistyczne. Moja pasja jest niszowa i jestem z tego dumny.

Mały update: Na blogowym FB napisał do mnie parę słusznych słów Marek Puta z Piwoteki. Faktycznie jak zwykle moim pisaniem zarządziły emocje i zabrakło paru istotnych zdań. Nie mogę – i nie zamierzam – mieć pretensji do browarów, które szukają rynków/sposobów zbytu na swoje piwa. Każdy orze jak może, jednemu wystarczy dystrybucja w sklepach specjalistycznych, inni dogadali się z sieciami hipermarketów (pytanie ile w piwach walonych taśmowo do Auchan, czy innych Tesco, jest jeszcze rzemiosła, ale to temat na inny tekst), a jeszcze inni – well, weszli we współpracę z jedną z hurtowni, odpowiedzialną za pomysł Piwnych Terytoriów. Browary mogę (i zamierzam, jeśli będzie ku temu powód) krytykować co najwyżej za jakość piw – kwestia doboru butelek do lodówki i umieszczenia ich w odpowiedni sposób jest (niestety) kompletnie od nich niezależna. Podobnie zresztą, jak fakt, że piwa niezłe stoją w niej obok wywarów, których nie nazwałbym „prawdziwymi piwami”. Czasami trzeba zacisnąć zęby i wytrwać, choćby dlatego, że pieniądze zarobione na Piwnych Terytoriach mogą pozwolić browarowi na egzystencję i warzenie piw, którymi będziemy mogli się zachwycić, co udowodniło nawet przyprawiające mnie przez kilkanaście lat o torsje na samą myśl Jabłonowo. I w sumie nawet mi to pasuje.