Grill jednorazowy – Wielki power w małym pudełku

Gdy mój stryjeczny brat stwierdził: „Toż to gadżet! Na bloga opisz!”, na początku chciałem się obrazić, że robi sobie ze mnie jaja. Gdy jednak trochę o tym pomyślałem, to doszedłem do wniosku, że… czemu nie? No bo czy gadżet koniecznie musi być elektroniczny? I tak na ChcęTo Blogu wylądowała recenzja… grilla 🙂

Grillowanie to nasz narodowy sport 🙂 Gdy robi się ciepło, Polak wyrusza w teren i zabiera ze sobą… niekoniecznie piwo, ale niemal na pewno grilla. Co jednak, gdy ruszamy w nieznane, stacjonarne urządzenie z trudem mieści się do auta, nie chcemy sobie zagracać bagażnika, montować tego całego badziewia na miejscu, boimy się, że resztki węgla pobrudzą nam bagażnik, generalnie możliwości jest sporo. Że o ewentualnym kupnie sprzętu, na który bez problemu możemy wydać nawet trzycyfrową kwotę, nie wspomnę. Przypomniałem sobie jednak, że kiedyś kupowałem znajomemu na Orlenie grill jednorazowy. Po drodze do Błonia, gdzie w Parku Bajka urządziliśmy sobie rodzinne spotkanie, zajrzeliśmy na stację – były. No to do boju!

Wszystko mieści się w niewielkim aluminiowym pudełeczku. Ściągamy tekturkę z góry i naszym oczom ukazuje się „micha” pełna węgla, z położonym na wierzchu jakimś dziwnym kartonem, to wszystko przykryte cienką aluminiową kratką. Dodatkowo mamy stojaczek z cienkiego drutu, na którym cały sprzęt, który w trakcie używania całkiem mocno się nagrzewa, możemy postawić. A potem spróbować „uruchomić”.

Nie lubię rozpalania „dużego” grilla. To jakaś masakra kompletna, węgiel nie chce się odpowiednio podgrzać, jak poleję za dużo podpałki to płomień poleci niemalże do nieba, po chwili zgaśnie, a ten cholerny węgiel cały czas będzie zimny. Ten karton leżący na węglu to w ogóle na początku chciałem wywalić ;), ale rzeczony stryjeczny brat stwierdził, że w instrukcji jest narysowane, że trzeba go podpalić. Westchnąłem, wziąłem pudełko zapałek (zastanawiając się, czy jedno wystarczy), odpaliłem pierwszą, dotknąłem brzegu kartonu i…

Wow. Papier zajął się natychmiast, mimo wiatru, rozpalając się równomiernie na całej szerokości. Po minucie nie było już po nim śladu, a cały węgiel płonął żywym ogniem. Coś takiego nie zdarzyło mi się nigdy w klasycznym grillu, wciąż pamiętam sytuacje, gdy z szanowną małżonką rozpalaliśmy w tym cholernym metalowym badziewiu regularne ognisko, żeby wreszcie coś zaczęło się palić. Potem trzeba było chuchać, dmuchać, machać tacką, żeby rozpalił się ogień… A tutaj? Nic z tych rzeczy! Jedna zapałka i po 10 minutach kładziemy kiełbę. Tyle! Co więcej, sprzęt okazał się być całkiem wydajny, bo upiekł kiełbasę dla 11 osób i dałby radę więcej, gdyby nie ochroniarz, który stwierdził, że w zasadzie to tu nie wolno grillować 🙂

Super sprawa. Jeśli grillujecie od wielkiego dzwonu i nie chcecie być zależni od innych, warto zajrzeć na stację Orlen. Grill mógłby kosztować 9,99, pewnie byłoby więcej chętnych, ale te niemal 13 PLN też można wydać.