Garmin Forerunner 35 – Podstawowy nie znaczy gorszy

Od czasu gdy ileś tam lat temu zacząłem biegać (potem na jakiś czas przestałem, ale od niedawna się znowu przełamuję) zaufałem Garminowi. Wtedy kupiłem sobie absolutnie podstawowy model Forerunnera, FR60, z paskiem HRM i footpodem. Po części dlatego, że te z GPSem były cholernie drogie (ten też, ale nie aż tak), a poza tym przy bieganiu w mieście footpod (szczególnie w centrum) bywa, a przynajmniej wtedy bywał, efektywniejszy. No i FR60 był w miarę ładny, tamte były paskudne, jak budzik na rękę 😉

Czasy się zmieniły, zegarki też, a gdy po oddaniu testowanych ostatnio tych lepszych Forerunnerów wróciłem do FR70 (tak, nie pomyliłem się – temat na inną opowieść 😉 ) okazało się, że z pewnych względów nie dam już z nim rady biegać. Tzn. zegarek po wymianie baterii działał bez problemu, jednak w innych materiach wystąpiło – hmmm – nazwijmy to zmęczeniem materiału. Nie zostałem jednak skazany na wieśniackie bieganie z komórką – dzięki uprzejmości Garmin Polska mój FR70 trafił – well, w sumie nie wiem, gdzie trafił – a na moim nadgarstku zastąpił go najniższy obecnie model z linii Forerunner w ofercie, FR35.

Z czym wiąże się fakt korzystania z najniższego modelu? Ekran jest czarno-biały, nie ściągniemy dodatków ze sklepu Garmina, na mecie biegu nie zobaczymy oceny naszej wydajności, nie poznamy pułapu tlenowego, a bateria zamiast 3-4 tygodni, zadziała 7-9 dni. Problem? Zależy dla kogo, dla mnie nie. Ja jestem absolutnym amatorem i to wszystko jest dla mnie – że pozwolę sobie użyć korpo-języka – nice to have, a nie must have.

FR35 jest przede wszystkim niebywale lekki, w zasadzie nie czuć go na ręku. Nie mam już porównania FR70, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że nowy jest lżejszy, mimo iż mieści w sobie odbiornik GPS i czujnik tętna. Wciąż można jednak podłączyć do niego footpoda (co pozwoli na jeszcze dokładniejszy pomiar odległości) i – jeśli nie ufamy nadgarstkowemu pomiarowi tętna – dodatkowy pasek, bowiem Garmin konsekwentnie trzyma się technologii ANT+. W codziennym użyciu jest tak, jak z innymi Garminami: mierzy kroki, dostosowuje plany na nowy dzień do poprzedniego (jeśli przeszliśmy mniej, niż zaplanowany limit, dla zmotywowania następnego dnia zegarek będzie od nas wymagał nieco mniej – i odwrotnie, jeśli przekroczymy plan, kolejnego dnia będzie już wyższy), zmierzy raz na jakiś czas (a podczas aktywności nieprzerwanie) puls, poinformuje nas o średnim tętnie spoczynkowym. Aktywności sportowe mamy predefiniowane, ale lista: rower, kardio, chód, bieg w terenie i bieg w pomieszczeniu większości użytkowników zdecydowanie wystarczy. Żeby nie było narzekania, że GPS nie zapisał początku biegu, po uruchomieniu aktywności zegarek na początku każe nam… czekać, umożliwiając faktyczny start dopiero po (szybkim) złapaniu fixa przez GPS. Aha, oczywiście odbierze też powiadomienia z telefonu i poinformuje nas, kto dzwoni. Na wykonanie też nie ma co narzekać – oczywiście koperta jest z tworzywa sztucznego (choć w żadnej nie tandetna), silikonowe paski (na upartego to wymienić je można) dobrze leżą i nie przyklejają się do ręki.

Czy jest się do czego przyczepić? Do jednej rzeczy – u mnie raz na kilka dni zegarek traci łączność z telefonem, pomaga dopiero usunięcie zegarka z aplikacji Garmin Connect, restart obu urządzeń i ponowne dodanie zegarka. Jeszcze nie doszedłem w czym jest problem, ale jak to się stanie, to dopiszę update (update: to była wina telefonu; okazało się, że pomaga sam restart telefonu) . Pozostałe uwagi to w zasadzie „mikroproblemy”. Bateria która działa „tylko” tydzień? Ja wiem, że w lepszych FR’ach potrafi miesiąc, ale porozmawiajmy z użytkownikami smartwatchów na Android Wear 😉 Dedykowana ładowarka w stylu „zęby krokodyla” 😉 Dopóki jej nie zgubię to mogę z tym żyć.

Fajnie używać sprzęt firmy, która nie oszczędza nawet na sprzętach z dołu portfolio. Szacun, Garminie.