HTC U11 – Czy to już ten?

Jeszcze kilka miesięcy temu ten tekst wyglądałby inaczej, a i moja opinia na temat jego bohatera byłaby znacząco inna. Nie odmienna – inna. Co się zmieniło? Ano LG i Samsung wstrząsnęli moim spojrzeniem na smartfonowy świat. Zostałem fanbojem telefonów z mikrymi ramkami i nie bez kozery od pewnego czasu miejsce w mojej kieszeni zajmuje mój ukochany LG G6. Jak w porównaniu z nim spisuje się najnowsza gwiazda HTC, tegoroczny flagowiec U11?

Squezze for the brilliant U, czy jak to tam było. Marketingowym motorem U11 jest możliwość interakcji z telefonem przez ściskanie i powiem Wam, że to kurde nawet fajne jest, a przede wszystkim przydatne. Zastanówcie się, ile fajnych zdjęć Wam w życiu umknęło, bo zanim przeszliście przez cały proces uruchomienia aparatu – czar prysł, czy też ujęcie uciekało. Tutaj faktycznie działa to błyskawicznie, a i sam aparat to urządzenie nie byle jakie, tylko najlepszy taki sprzęt w telefonie komórkowym wg. DxoMark. Dobre światło, duże piksele, błyskawiczny autofocus i bezbłędna stabilizacja. Ja się tam na fotkach jakoś bardzo nie znam, ale faktycznie wychodzą bardzo ładne. Co do ściskania – za jego pomocą można uruchomić nie tylko aparat, ale dowolną aplikację, a nawet dwie, bowiem urządzenie potrafi odróżnić ściśnięcie krótkie od długiego. Brakuje mi jednak możliwości wykorzystania tego w aplikacjach zewnętrznych – pytanie, czy ktokolwiek będzie chciał robić aplikację dla wszystkich z możliwościami dedykowanymi dla jednego modelu telefonu?

Co poza tym? Najbardziej chyba – jak to HTC – wyrywający z butów dźwięk. Boomsound już w wersji z głośnika telefonu oszałamia, a ze słuchawkami jest jeszcze lepiej. Ponoć – bo niestety do mnie trafił sam terminal. W U11 nie uświadczymy złącza mini-jack, a dzięki dokanałówkom z USB-C możemy korzystać z aktywnego wyciszania szumów. Znam to choćby z urządzeń Bose i uwielbiam, więc mogę tylko przyklasnąć. Do tego klasyczny już HTC Sense UI, z konfigurowalnymi źródłami wiadomości, powiadomieniami z sieci społecznościowych i informacjami z kalendarza na jednym, skrajnym lewym ekranie – to akurat podoba mi się bardziej niż Google Now. Warto wspomnieć przynajmniej o jednym asystencie głosowym (choć telefon ma dwójkę, a będzie miał troje!). Cztery nieprzerwanie nasłuchujące (już widzę ból oszalałych na punkcie prywatności) mikrofony czekają, czy powiemy coś do Google Now, a niebawem również do Alexy z Amazonu, a dodatkowo działa też HTC Sense Companion. O ile pierwsze  dwie przy ustawieniu w telefonie języka polskiego są w zasadzie bezużyteczne, to Sense Companion uczy się naszych przyzwyczajeń i sposobu korzystania z telefonu, informując nas zawczasu o konieczności doładowania telefonu lub wzięcia powerbanka (bo za godzinę mamy spotkanie), pomaga poprawić wydajność urządzenia, informuje o pogodzie, etc.

Dlaczego zatem nie rozpływam się w zachwytach nad HTC U11, jak choćby standardowo niejaki Żółty (pozdro 😉 )? Aluminium i pięknie odbijające świetne refleksy szkło to zawsze atrakcyjna kombinacja, wszystko jest idealnie spasowane, wodoodoporne, a do czytnika poniżej ekranu nie można się przyczepić.  O, i jeszcze bateria, która mimo wydajnego procesora i ekranu QHD wystarcza do końca dnia. Co jest zatem nie tak? Tu wracamy do początku tekstu – ten telefon jest za duży. Słuchawka jest większa od G6, a ekran – mniejszy o 0,2″, na górze i na dole mamy wielkie (się człowiek rozpasał 😉 ) czarne przestrzenie, a Androidowe przyciski są fizyczne, na obudowie, a nie ekranowe.

HTC U11 to świetny telefon i z czystym sumieniem mogę dać mu pieczątkę ChcęTo. I choć dla mnie na „Bardzo” jest za duży, nie wątpię, że znajdzie wielu zainteresowanych. Pytanie tylko, czy spoza grupy fanów HTC, bo na tym przede wszystkim zależy tajwańskiej firmie. Ileż w końcu można wypuszczać na rynek: „to już TEN” telefon?