Harcerze na obozie, czyli życie bez gadżetów

Dawno temu, gdy chodziłem do podstawówki na warszawskim Targówku, smartfonów nie było, a tylko wyjątkowi (wśród nich ja) mieli ZX Spectrum, którego mocą obliczeniową zakasowałby na starcie mój FR35, bardzo popularnym sposobem spędzania czasu byli harcerze. Jakoś tak wyszło, że ja po uzyskaniu pierwszej belki zrezygnowałem z dalszych zbiórek. Ni diabła nie wspomnę czemu, to było zbyt dawno temu. Kiedy jednak dowiedziałem się, że w szkole moich synów istnieje gromada zuchowa (z której później wyewoluowała drużyna harcerska) wysłałem ich tam natychmiast. Nie to, żebym naciskał – to nie w moim stylu. Raczej akcja w rodzaju: „Pójdźcie, zobaczcie, może się Wam spodoba”. Spodobało się, są właśnie trzeci rok z rzędu na trwającym niemal miesiąc obozie, z którego sam wróciłem wczoraj wieczorem.

„Druhu, jakby co, to ja Wam mogę pomóc”

Skąd tam się wziąłem? Przede wszystkim stąd, że po ubiegłorocznym obozie, rozmawiając z drużynowym mojego zuszka, zadeklarowałem wsparcie na kolejnym w przypadku braków/problemów kadrowych. Cóż – harcerze w XXI wieku to już nie to, co kiedyś, dzieci mają więcej rzeczy do roboty (głównie odmóżdżających, ale to już inna sprawa), w efekcie liczba zainteresowanych spada. A że czyni to od lat – to kadry też nie jest za wiele. Parę miesięcy temu druh sobie przypomniał o mojej deklaracji, w efekcie czego najpierw nieco przybladłem, by potem dojść do wniosku: „Hell, why not? Może być fajnie!”. I wcale nie będę się pytał – niczym w klasyku polskiego kina – po **** mi las? Z własnej woli tam pojadę, niedogodności wezmę na klatę, bo i tak plusy przesłonią potencjalne minusy.

Las, a w nim harcerze (i zuchy!)

Przyjeżdżając do Młodych zawsze jestem pod wrażeniem jak dogłębnie harcerze opanowują „swoją” część lasu. Dwie drużyny, dwie gromady zuchowe, Wędrownicy, zgrupowanie, zaplecze medyczne i logistyczne, kuchnia, zabezpieczenie kąpieliska – widać, że przyjeżdżają tu od lat i mam wrażenie, że cały swój (potocznie mówiąc) „bałagan” potrafiliby rozstawić z zamkniętymi oczami. Oprócz tego wszystkiego znajduje się jeszcze sporo  miejsca, gdzie np. swoje namioty mogą rozbić przyjeżdżający na weekend odwiedzin rodzice i dokąd także, za zezwoleniem druhny komendantki, trafiłem w nocy, w lejącym deszczu, ja. Rozbijanie namiotu w ulewie to prawdziwa przyjemność ;), na szczęście męska część zuchowej kadry pomogła.

Harcerze i zuchy, czyli collage z czterech obozowych dniPrecz z technologiami!

Wiecie, co uderza najbardziej, gdy rannym słonkiem rozejrzeć się po obozie harcerskim? Brak jakiejkolwiek elektroniki! Telefony? Tak, ma kadra, rodzice mogą raz na parę dni dzwonić (nie ma powrotu do ery kamienia łupanego, choć widziałem dzieci piszące maile analogowe do rodziców – szacun!). Ale cała reszta? Zapomnij. Gry terenowe w lesie (w dzień i w nocy), zadania i zabawy, związane z obowiązującą w danym roku obrzędowością (harcerze mojego Starszego to Hogwart, a zuchy Młodszego – Wilcza Wataha), zdobywanie sprawności grupowych i indywidualnych, przechodzenie prób na kolejne stopnie harcerskie (trzymam kciuki za starszego, jak wyjeżdżałem, to zostały mu tylko trzy z bodaj 25 punktów do wykonania), wycieczki (20 kilometrów pieszo! – ale to harcerze 🙂 ). Jedynym tech-wyjątkiem był laptop, na którym zuchy oglądały „Czarne Stopy”, ale to po prostu ułatwienie życia. Za moich czasów (jak podsumowała mnie jedna z zuchenek: „Bo druh to ogień wymyślił!” 🙂 ) byłby to po prostu rzutnik z rozwieszonym z przodu prześcieradłem.

Podróż w czasie

Wiecie co mnie najbardziej ujęło podczas zbyt krótkiego 😉 pobytu na obozie? Brak miejskiego „audio smogu”. Szumu ulicy, terkotu aut, dzwonienia tramwajów, gremialnego odgłosu ludzkiej masy. Jest szum lasu, zapach drzew i traw, śpiew ptaków i to by było na tyle. W takich okolicznościach codzienne odgłosy obozu, gdy już wszyscy się obudzą i ruszy harcerski dzień, odbiera się zupełnie inaczej, niż w przypadku, gdy dopełniają one odgłosy miasta. Dołóżmy do tego jeszcze harcerskie rytuały (nie ma jedzenia – i to jak pysznego! – bez zaśpiewania jednej z mnóstwa „posiłkowych” piosenek), wszechogarniające poczucie wspólnoty i świadomość, że w zalewie ludzi, którzy idą na skróty, na łatwiznę, są jeszcze tacy, którzy przekonują swoje dzieci do harcerstwa – i już nie chce się wracać. OK, były wyjątki, którym w mojej skromnej opinii docelowo nie po drodze w zielonym lub stalowym (zależnie od płci) mundurze. Większość tych dzieci i młodzieży wiedziała jednak po co tam jest, cieszyła się tym i albo była tam – jak moi synowie – już kolejny raz, bądź też planowała, że za rok przyjedzie znowu.

Przy innym ogniu, w inną noc, do zobaczenia znów

Czasami czuję się przytłoczony zalewem nowoczesnych technologii XXI wieku. Przeraża mnie i smuci jednocześnie to, że jako rodzice tak często chodzimy na skróty, wciskając play, albo dając dzieciom tablet, żebyśmy sami mieli czas dla siebie (nie, nie rzucę pierwszy kamieniem). Coraz częściej chciałbym się cofnąć w czasie do lat, gdy tych wszystkich technologii nie było, gdy ważny był człowiek, kreatywność w rozumieniu dziecka nie oznaczało znalezienia kolejnej gry w Sklepie Play, a zakaz wyjścia na podwórko był przerażającą karą, a nie nagrodą.

I wiecie co? Do takiej podróży nie potrzeba wehikułu czasu. Wystarczy zapisać dziecko do harcerstwa. Mimo, że akurat podczas mojego pobytu budziłem się w nocy trzęsąc się z zimna, mimo że tak ciepłolubny stwór jak ja musiał się kąpać w jeziorze, i tak najchętniej bym jeszcze został! Notabene zapowiedziałem już druhom, że jeśli nie mają nic przeciwko, to przyjeżdżam za rok. Tylko tym razem lepiej się przygotuję i zamiast tylko pomagać, sam też coś przygotuję. W końcu skoro wymyśliłem ogień, to chyba mam trochę wiedzy, żeby się z dzieciarnią podzielić? Prace koncepcyjne zaczynam już teraz. Będzie super! 🙂