Kraj inny, niż wszystkie, czyli Albania w moim subiektywnym alfabecie

Początkowy plan był taki, żeby i w tym roku wyjechać na wakacje autem pod namiot, tak jak rok temu do Włoch. Plany sobie, a życie sobie – niestety. Przez pewien czas nie mieliśmy auta i ostatecznie wybraliśmy coraz popularniejszy wśród Polaków kierunek czyli Albanię. Jak wygląda jeden z biedniejszych krajów nad Adriatykiem? Jakie ma plusy, a co jest nie tak? Zapraszam do lektury corocznego Alfabetu!

TL;DR – ja do Albanii nie wrócę, ale jeśli nie nastawiamy się na cuda, jesteśmy młodzi i jedziemy bez dzieci – niektórym może się spodobać. Na pewno jednak odradzam wyjazd z biurem NetHoliday. Po zakończeniu postępowania reklamacyjnego na pewno Wam o nich napiszę.

Albańczycy. O Albanii można mieć opinie mieszane, ale o jej mieszkańcach nie dam powiedzieć złego słowa. Mili, uśmiechnięci, pomocni. Młodzi w znacznej większości znają angielski. Długo nie zapomnę sytuacji, gdy moja Ślubna po marszu pod górę w 40 st. C słaniając się doszła do ławki w miniknajpce, a tam pani natychmiast wyskoczyła zza kontuaru z butelką lodowatej wody, schłodziła jej kark, potem dała jeszcze butelkę do picia i absolutnie nie chciała za to pieniędzy.

Na dole mieszkamy - na dole budujemy. Tak wygląda Albania :)

Na dole mieszkamy – na górze budujemy. Tak wygląda Albania 🙂

Budownictwo. Gdybyście spytali, z czym teraz najbardziej kojarzy mi się Albania, byłyby to budynki. Specyficzne na dwa sposoby: wysokie, gdzie na dole mieszkają ludzie, a na górze jest tylko szkielet i plac budowy. W Albanii to oczywiste (nawet w moim hotelu tak wyglądało ostatnie piętro). Drugi kontekst to zaskakująco często widoczne lepianki. Może nie literalnie, nie z błota, ale polepione cegły i blacha falista już tak. Co ciekawe, koło jednej z nich mój Starszy zauważył czyściutkiego nowego Mercedesa…

No i generalnie po zejściu z głównych ulic widać, że Albania = bieda. Wystarczy zajrzeć do wejścia do dowolnej klatki (w sensie domu mieszkalnego) i mnie od razu nasuwały się skojarzenia ze stołeczną starą Pragą w jej najbardziej hardkorowych czasach.

Cobo, a w zasadzie Çobo. Podobno najlepsza winiarnia w Albanii, w okolicy Beratu. Wina zaiste pyszne, a rakija na orzechach w miodzie (10€ za półlitrową butelkę) kos-micz-na!

Disco Polo. Niestety stały punkt wieczorów w drugim D, czyli Durrës. Albania to przyjaźni ludzie, więc skoro wiedzą, że jest dużo Polaków, chcą im zrobić przyjemność. „Przez twe oczy zielone oszalałem”, „Ona tańczy dla mnie”, „Ruda tańczy jest szalona” – znam to wszystko chyba na pamięć 🙁

Po zejściu z głównych ulic dominuje bieda

Po zejściu z głównych ulic dominuje bieda

Expect less. Po angielsku, bo tylko E mi brakowało 🙂 Jeśli nie chcesz się zawieść na Albanii, nie oczekuj cudów. Jeśli jest coś, czego się spodziewasz – ujmij ze swoich oczekiwań jakieś 20-30%.

Faleminderit. Czyli tamtejsze „dziękuję”. Język albański to ponoć jeden z najstarszych języków świata, jednak po majówce na Węgrzech uważam, że jest znacznie łatwiejszy od madziarskiego, bo niektóre ze zwrotów da się zrozumieć (choć Zgjidni Cilesine, czy jakoś tam, mimo, że na reklamie widniało obok kawałka mięsa, nie oznacza zgniłej cielęciny, ale „wybierz jakość” :). Co ciekawe – wiecie, że jedna z najbogatszych rodzin w Albanii nazywa się… Kastrati? 😉 Ich nazwisko widzimy co krok, bowiem są właścicielami sieci stacji benzynowych

Gorąco. W cholerę gorąco chwilami. U nas temperatura rzadko spadała poniżej 32 st. C, a gdy byliśmy w Beracie doszła do 40 st. C. Ponoć Albania to 300 słonecznych dni w roku. Mnie tam się to podoba 🙂 I tak, wiem, że czekacie na inne G. Nie, nie znają tu Popka.

Hotele. Nie wierzcie gwiazdkom. Mój hotel **** z daleka wyglądał świetnie, w środku dałbym mu naciągane ***, ale dawał radę. W zaułkach Durrës znalazłem za to trzygwiazdkowy, który mógłby służyć za scenografię do horroru. Ja bym się to wstydził nawet schroniskiem nazwać.

ISIS. Krążą wieści, że mają deal z mafią albańską, czy raczej mafia z nimi. W tym kraju ma nie być zamachów, mają do niego przyjeżdżać turyści.

Byrek z mięskiem. Mniam.

Byrek z mięskiem. Mniam.

Jedzenie. W hotelu zazwyczaj dostawaliśmy zimne, a dominowały frytki i nuggetsy (mówiłem, że było słabo). Raz skusiłem się na tzw. byrek, czyli coś w rodzaju ciasta francuskiego z zapieczonym w środku mięsem (są też wersje ze szpinakiem i serem). Pyszności, cena od 30 do 70 ALL, czy 1-2 PLN. Dużo owoców (kg winogron za 30 ALL!), faszerowany bakłażan był dobry. W hotelu też bywały dobre mięsa, niestety zabrakło opisu co jest w bemarach 🙁

Komunikacja miejska. W Durrës była trywialnie prosta – w obie strony jechał autobus, na przystanku wsiadamy, w środku chodzi żywy biletomat 😉 i zbiera 30 ALL od każdej osoby starszej niż 6 lat.

Ludzie. Turystów sporo widać i słychać na ulicach. Odniosłem wrażenie, że całkiem nieźle wtapiają się w lokalny koloryt, co kompletnie nie przeszkadza lokalsom. Ci żyjący z turystyki sprzedają na ulicach mniejszy lub większy badziew, a pozostali po prostu sobie żyją.

Mercedesy. U nas kiedyś najpopularniejszym samochodem był Fiat 126p, a u nich Mercedes. Od takich, które powstały zanim ja się urodziłem, do najnowszych, świecących jak psu jajca na wiosnę.

Nasi rodacy. Odniosłem wrażenie, że polski jest najpopularniejszym językiem w Albanii, czasami słychać go częściej, niż lokalny 🙂 A sami Polacy – w większości kwiat turystyctwa ;), ale niestety zdarzało się chamsto i buractwo: głośna muzyka na basenie, k***, ch*** i p***, niestety 🙁

Odrapane budowle. Nie wiem, jak oni to robią. Czy budynki wyglądają na pamiętające lata 70., czy na całkiem nowe – w znacznej większości tynki na elewacji są odrapane. Niektóre budynki wyglądają jakby je z Prypeci przenieśli.

Jakie światła, taka kultura jazdy na przejściu dla pieszych.

Jakie światła, taka kultura jazdy na przejściu dla pieszych.

Przejście dla pieszych. Eee, co dla kogo? Znaki pionowe i poziome, czy światła, to tylko kwestia umowna, ew. jakieś dziwne obrazki. Ja tu przecież jadę, co ten dupek na ulicy tu robi, obtrąbić go trzeba. Przede wszystkim trzeba uważać na auta na blachach RKS (z Kosowa). Dzicz absolutna. Nie dawałem dzieciom przechodzić samym przez ulicę.

Rakija. Kiedyś plułem rakiją, anyżek na anyżku, ohyda. Spróbowałem Raki me Arra w Çobo i gęba mi się śmiała. Rozgrzewa, pachnie orzechami, smakuje miodem. Ta akurat jest droga, ale gównianą rakiję można kupić całkiem tanio.

Skenderbeg. Brandy będąca dumą Durrës, destylowana w tym mieście od niepamiętnych czasów. I tak jak nie lubię wysokoprocentowych alkoholi, tak ta brandy jest genialna. Leżakowana w dębowej beczce złapała kapitalny aromat i smak wanilii, feerię owoców i nieco w tle ten alkohol. Za 500 ALL (16 PLN)? Jak za darmo!

Tort, w ogóle słodycze, bo ciastka i lody też. Mój Starszy ma urodziny w wakacje i drugi rok z rzędu zdarzyły mu się za granicą. Tort jaki mu kupiliśmy w cukierni obok hotelu to było arcydzieło smaku, najlepszy jaki jadłem w życiu! I to nie był wyjątek – za tamtejsze lody (50 ALL za kulkę) i ciastka (100-250 ALL) dałbym się pokrajać. Cudo.

Używki. Rzecz, która w Albanii spodobała mi się chyba najmniej to fakt, że tam jeszcze nie ma mody na niepalenie. Tak jak na włoskich plażach widziałem tylko piasek, tak Albania kojarzy mi się z wszechobecnymi petami i smrodem palaczy, których generalnie znikąd się nie wygania. Papierosy są tanie (150-220 ALL, czyli od 4,5 do 7 PLN), piwo jeszcze tańsze (50-70 ALL), ale za to jak dla mnie niepijalne.

Jeden z niewielu zabytków w Albanii - rzymski amfiteatr z II wieku.

Jeden z niewielu zabytków w Albanii – rzymski amfiteatr z II wieku.

Vodafone. Uwielbiam taką reklamę 🙂 Już na lotnisku w Tiranie podeszła do mnie pani w koszulce tego operatora i zaproponowała mi prepaida, z 5,5 GB internetu. W to mi graj, biorąc pod uwagę, że w strefie 2 roamingu osiąga horrendalne ceny (bodaj 45 PLN za 1 megabajt transferu danych!). Można dostać 2 albo 3 karty, a to dobre jeśli jedziemy w większej grupie i obawiamy się co się stanie, gdy się rozdzielimy.

Wiara. Podobno Albania islamem stoi, 70% jej mieszkańców to wyznawcy Allaha. Na mieście jednak tego nie widać, nie ma ludzi modlących się, raz słyszałem nawoływanie muezina. W Durrës jest też kościół katolicki, w których w wakacje w każdą niedzielę o 19 prowadzą mszę po polsku misjonarze z Tirany. Na obu na których byliśmy było ponad 50 osób. Wspomnę też o walucie. Oficjalnie są nią leki (ALL), ale wszędzie przyjmuje się też euro, choć po złodziejskim kursie (w kantorze 130 ALL/€, a w sklepie 100/1).

Zabytki. Noo, jakby Wam to powiedzieć… Nie ma. W tym kraju – z drobnymi wyjątkami – nie ma czego zwiedzać. Mam wrażenie, że to efekt rządu bałkańskiego Kim Ir Sena, czyli Envera Hodży, którego zachowania absolutnie nie były przewidywalne. W efekcie nawet rzymski amfiteatr z II w. schowany między domkami w Durrës, czy muzeum ikon w Beracie (niesamowite dzieła!) nie są kompletnie pilnowane, biorą tylko kasę za wejście, a ty turysto sobie chodź. Z amfiteatru można by wynieść kawałek po kawałku wszystko, a fakt, że XIV-wieczne ikony, których nikt nie pilnuje, dalej wiszą, jest dla mnie fenomenem.

Życie nocne. Nocne, bo w letni dzień jest stanowczno zbyt ciepło. Gdy robi się ciemno, a temperatura spada poniżej 30 st. C ulice zapełniają się ludźmi, do knajp stoją kolejki, a wszędzie gdzie się da, gra muzyka.