Co jeszcze podłączysz do Sieci (i gdzie to wsadzisz?)

Nie mam jakoś ostatnio okazji opisania szerze jakiegoś gadżetu, ale pomysły i tak przychodzą do głowy :), w czym celuje niezawodny Twitter. Kiedyś Einstein mówił, że dwie rzeczy są niezmierzone – wszechświat i ludzka głupota. Ja bym do tego jeszcze dodał pomysłowość.

Wibrator. Ludzka rzecz w sumie, tak samo jak seks. Mnie niepotrzebny, ale są ponoć – jak mawiał Herr Otto Flick – women of opposite sex, które odczuwają z tego tytułu przyjemność. Znaczy nie ma samego posiadania, używania raczej 😉

And now it gets creepy

Co byście powiedzieli na wibrator z kamerą na czubku? Ba – wibrator z kamerą na czubku, streamujący na żywo obraz do – jak zakładam z opisu – aplikacji w smartfonie? Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom, c’nie? Nie ukrywam, że jestem z tych, którzy igraszki seksualne z małżonką sobie cenią. Ale nie odczuwam potrzeby zaglądania akurat tam! Co więcej – nie zwykłem oceniać ludzi przez pryzmat ich pasji i zainteresowań, ale akurat nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego podniecającego w oglądaniu od wewnątrz pochwy i układu rozrodczego kobiety! Jak ktoś lubi takie analizy to minął się z powołaniem i powinien wybrać pracę ginekologa.

W tej sytuacji to, że ów gadżet po włączeniu staje się punktem dostępowym WiFi, ze stałym loginem i domyślnym hasłem „88888888”, choć jest równie popieprzone, staje się wtórne. Bo tak jak jestem w stanie zrozumieć użyteczność wibratora We-Vibe, który świetnie, dokładnie i bez chorej pruderii opisała 2 lata temu Ewa Lalik, tak czytając o możliwościach opisywanego urządzenia dochodzę do wniosku, że pewne aktywności powinny pozostać offline.

Fot. Wikimedia Commons