Komes Barley Wine – Pozytywny szok

Browar Fortuna i jego piwa, wydawane pod marką Komes, budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony – wielki szacun za bycie jednymi z pierwszych wyrywających się z okowów szczochowego korpo-lagera. Z drugiej jednak mamy niestabilność warek (Porter potrafi otrzeć się o geniusz, a kolejnego już nie ma się ochoty wypić), czy nawet czasami piwa nieudane (gremialnie krytykowany RIS). Gdy więc dowiedziałem się, że w Miłosławiu biorą się za jeden z moich ulubionych styli, wiedziałem, że Komes Barley Wine wypiję. Choć – przynajmniej na początku – z obawą.

Z pewną taką nieśmiałością…

#gimbynieznajo, co? 🙂 Chociaż – cholera – gimby wymierają. Dobra, nic to. Kto ma wiedzieć ten wie 🙂 Więc z pewną nieśmiałością otwierałem butelkę Barley Wine od Komesa, choć z drugiej strony wiedziałem, że w sytuacji, gdy zapłaciłem za 0,5 litra 7,8 PLN to musiałby być wyjątkowo słaby, żebym się zawiódł. Wąchamy zatem. Z percepcją zapachu mam ostatnio kłopoty, generalnie mało czuję. i tu faktycznie na starcie nie było prawie nic, a po zamieszaniu poczułem wyraźnie parujący alkohol. Po 40 minutach (wcześniej może też, ale przez ten czas głównie piłem) alko z zapachu wyparowało, a po ogrzaniu weszły fajne czerwone owocowe aromaty. No ale – choć kraftowe piwo pijemy wieloma zmysłami – kluczem pozostaje smak. A ten rekompensuje wszystko!

Barley wine na miarę naszych możliwości

Przede wszystkim po raz pierwszy od dawna w piwie o wysokim ekstrakcie faktycznie czuję ten ekstrakt. Jest naprawdę bardzo gęsto, piwo leniwie rozleeewaaa się po języku i gardle, tak balsamicznie. W samym smaku jest – hmmm – wiosennie? Mimo wielkiego BLG (27 nie w kij dmuchał) jest lekko owocowo, wręcz kwiatowo. Pijąc to piwo czuję ciepło, łąkę, kwiaty, może jakąś delikatną bryzę znad jeziora? Tak trochę dysonansowo wręcz rzekłbym – z jednej strony, sącząc to piwo pół godziny, miałem wrażenie, że ze szkła nic nie ubyło, a drugiej strony odczucia są takie kwiecisto-wiosenne. Dziwne to. Na koniec wchodzi lekko podgryzająca – niczym moja świnka morska – goryczka. Chyba bardziej alkoholowa, niż odchmielowa, tym niemniej – nie przeszkadza. O alkoholu przypominasz sobie po kolejnych łykach dopiero wtedy, gdy czujesz jego grzanie w przełyku.

Podsumowując – Fortuno, tak mi rób! Jak dla mnie piwo, które klasą zbliża się do najlepszych warek Komesa Portera. Zgadza się, nie jest to Weer&Wind, czy Odravein (inna rzecz, że one są BA, to też zmienia percepcję). Tamte to jednak inna klasa cenowa i (jak zazwyczaj) również smakowa. BW z Komesa nie ma jednak powodu się wstydzić, to zdecydowanie Miś Na Miarę Naszych Możliwości. Póki co drugiego wrzucam do lochu na rok, dam sobie rękę uciąć, że jak jeszcze ułoży się alko, będzie rewelacyjny. Szkoda, że Fortuna nie ma beczek, choćby po bourbonie. To by był kosmos.