Wszystko to miejskie legendy?

Książka to super sprawa. Pozwala nam oddalić się wyobraźnią w zupełnie inne miejsca, przeżyć przygody, o których w zwykłym życiu nawet byśmy nie marzyli. Do dziś pamiętam magię Harry’ego Pottera (tak, nie wstydzę się – mam 41 lat i jestem pottermaniakiem) i Komnatę Tajemnic przeczytaną w jeden wieczór. O książkach mógłbym bez końca, ale dziś będzie o jednej. O tej, która dla odmiany wiele rzeczy z tajemniczości odarła.

Porwane dzieci i wycięte nerki

Straszny śródytuł, co? A może z czymś się Wam kojarzy? Ile z Was słyszało o tym, jak to „znajomy znajomego” słyszał/widział/przeżył historię, gdy w centrum handlowym porwano dziecko, które potem odnalazło się bez nerki? Albo w łazience ogolone i przebrane za dziecię drugiej płci? To właśnie miejskie legendy – zdarzenia opowiadane z ust do ust, niczym za starych analogowych czasów. Zdarzenia straszne, wstrząsające i… nieprawdziwe.

Na wydaną przez wydawnictwo Media Rodzina książkę badacza miejskich legend Filipa Gralińskiego polowałem od lat. Szukam, szukam – cholera, nigdzie jej nie ma! Żadnego e-booka! Aż nagle przypomniałem sobie, że przecież książki – o dziwo – wydaje się też na papierze! W bibliotekach nie było, aż wreszcie znalazłem w księgarni!

Dzieciństwo odarte z mistycyzmu

Tajemna lista „rakotwórczych” dodatków „E”, pacjent szpitala psychiatrycznego pytający o „Haszło”, bałwan-hydrant, motocykliści ze stalową linką wokół szyi, groźne gumy Turbo, wreszcie niezliczone historie cmentarne, czy też „dokumentujące” wyjątkową kreatywność braci studenckiej. To tylko część zdarzeń, o których za moich dziecinnych czasów opowiadało się szeptem w szkolnych korytarzach, nie kryjąc przerażenia w głosie. Panie Graliński, odarłeś pan z mistycyzmu moje dzieciństwo, nienawidzę pana! Nie no, jaja sobie robię, kawał dobrej dokumentacyjnej roboty. O ile co do sporej części z niemal 200 opisanych w książce miejskich legend zdawałem sobie sprawę, że koło faktów nawet nie stały, to wciąż sporo rzeczy mocno mnie zaskoczyło. Tym bardziej, że – z wyjątkiem dosłownie kilku przypadków – autor zadał sobie sporo trudu, by znaleźć dokumentację innych przypadków takich samych, bądź bliźniaczo podobnych zdarzeń.

Miejskie legendy wiecznie żywe

Dla mnie „Znikająca nerka” była cofnięciem się do czasów dzieciństwa i młodości, gdy słowo „sieć” kojarzyło się z narzędziem pracy rybaka, a wiadomości – często ostatecznie w formie głuchego telefonu – przekazywało się sobie na dworzu, a nie szukało w komputerach o mocy obliczeniowej znacznie mniejszej od mojego odkurzacza. Książkę Filipa Gralińskiego polecam jednak nie tylko pokoleniu 70-80 – ci młodsi też znajdą w niej sporo ciekawostek i dowiedzą się/przypomną sobie, jak wyglądała kreatywność, gdy nie było Google’a. Fajna przygoda.