Ten kotlet nie jest odgrzewany

Mam wrażenie, że zderzamy się ze ścianą. To znaczy, nie literalnie – ani Wy, ani ja nie rozpędzamy się właśnie, żeby przywalić baranka w cegły. Ale jako „konsumujący technologie” już trochę tak… Chcemy więcej, szybciej, ładniej, czyściej i jeszcze pewniej jakieś „ej” by się znalazło. Co roku – a najchętniej co pół! – czekamy na kolejną edycję naszego ukochanego (tak, tak – smartfony doczekały się już takiej roli!) telefonu. Nawet nie po to, żeby kupić, mało kogo stać na kolejnego flagowca rokrocznie. Bardziej po to, by móc poświecić innym w oczy modelem sprzed roku, czy dwóch i powiedzieć: „Patrz, w tym roku jest jeszcze bardziej zajebisty!”. My tę spiralę nakręcamy, a gdy kolejne miliony słuchawek opuszczają fabryki, my chcemy już czegoś NOWEGO! Pora zatem odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: czego w zasadzie chcemy?

Moore się pomylił?

Znacie prawo Moore’a? Początkowo miało się tyczyć tranzystorów, ale od jakiegoś czasu określa całościowy rozwój technologii.

Prawo Moore’a – prawo empiryczne, wynikające z obserwacji, że ekonomicznie optymalna liczba tranzystorów w układzie scalonym zwiększa się w kolejnych latach zgodnie z trendem wykładniczym (podwaja się w niemal równych odcinkach czasu).

Mam wrażenie, że niedługo wzbogaci się ono o szereg wyjątków, bo zarówno stricte technologicznie (układy w litografii 10nm pojawiają się już, ale zejście poniżej 7nm już wydaje się nierealne), jak i w pojęciu „miękkim”. Spójrzmy na tegoroczne flagowce: wygląd i materiały – praktycznie ideał; aparaty fotograficzne – dobre albo znakomite; audio – no dobra, może tu da się nad czymś popracować; ekrany – no weźcie, toż to kosmos 🙂 Co robić, jak żyć, na co czekać za rok?

Bez ciśnienia na nowości, doskonalmy to, co mamy

Cudów nie wymyślimy, prochu ani koła na nowo też nie. Może niektórzy producenci zaczną już flirtować ze sztuczną inteligencją (pozdrawiam Huawei 😉 ), aczkolwiek to akurat dla mnie wciąż jest mocno creepy. Dlatego podoba mi się filozofia pójścia w poprawianie tego, co już jest, przybliżanie możliwości smartfonu do roli urządzenia profesjonalnego w wąskim lub nieco szerszym zakresie. To ma wieloraki sens. Po pierwsze – robimy wrażenie firmy, która wie, czego chce, a nie skupia się na tym, by kolejne urządzenie było po prostu „lepsze”. Po drugie – jeśli to, co zrobiliśmy, okaże się tak dobre, jak planowaliśmy, zyskujemy buzz w grupie docelowej, zszokowanej tym, że do ich pracy może się jednak przydać smartfon, a także zainteresowanie zwykłego usera, który może poczuć się jak zawodowiec (choć nie zawsze niskim kosztem 😉 ).

Dzień dobry, V30 🙂

Jeśli ktoś zwrócił uwagę, to tak – w tle tej opowieści nie bez przyczyny widzicie LG V30. Koreańska firma oczarowała mnie – czego nie zamierzam ukrywać – bezramkowym G6, aby następnie tylko poprawić opinię nowym „nad-flagowcem”. Od dłuższego czasu – o czym wspominałem już na łamach ChcęTo Bloga – dopada mnie jakiś przesyt, czy cuś. Wszystko już było, wszystko jest wtórne, wielu odgrzewa kotlety, delikatnie upiększa to co już było i mówi, że jest nowe. V30 obiecuje więcej i ja w to wierzę. Póki co widziałem nakręcony nim przez Andrzeja Cichockiego film (zrobił wrażenie), posłuchałem przez godzinkę muzyki w standardzie HiFi przez Quad DAC (nawet moje rozdeptane przez słonia ucho poczuło różnicę), popatrzyłem na ekran i – kurde – jest świetnie. Po raz pierwszy od dawna nie mam wrażenia, że „to już było”. Na szersze testy oczywiście przyjdzie jeszcze czas i na pewno podzielę się z Wami ich wynikiem, ale póki co już teraz mogę Wam powiedzieć, że dawno żaden telefon nie wywołał na mojej twarzy takiego uśmiechu. A zdjęcia – jak widzicie poniżej – są  naprawdę fajne. Ten nocny widok z mojego okna to swoisty benchmark mobilnej fotografii i bardzo mało telefonów robi tak ładne i szczegółowe fotki w takich warunkach.

Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej 🙂