Zimo wypier***, czyli byle do wiosny

Generycznie nienawidzę zimy. NIE-NA-WI-DZĘ. W sumie to mógłbym mieszkać w Miami, gdyby nie te cholerne tajfuny. Mając wybór (w sumie nienajlepszy, ale życie to nie jebajka), czy śmierdzieć potem, czy dygotać z zimna, zawsze wybiorę smród 😉 (a potem pójdę wziąć prysznic). Zimo wypier***! Tyle mam ci do powiedzenia. Nie będzie optymistycznie, sorry.

W dupie mam biały puch

Też tak macie? Zastanawiam się w sumie skąd mi się to wzięło, bo za gnojka gdy tylko widziałem kawałek śniegu, zapierniczałem do piwnicy po sanki. A przyciągnąć do domu mógł mnie tylko dobry serial – np. Było Sobie Życie 🙂 Czy takie narzekanie to z wiekiem przychodzi, jak sądzicie? W sumie dzieciakowi za wiele kłopotów na głowie nie siedzi i w głębokim poważaniu ma to, że ciemno się wcześnie robi, że plucha, że liście gniją, że zieleń idzie w cholerę, że zaspy, że wiatr jak lodowate szpilki wszędzie się wbija… Nie to, żebym dzieciakom prawo do depresji odbierał, w życiu (niestety 🙁 ), tym niemniej myślę, że statystycznie zdarza im się to znacznie rzadziej.

A może po prostu ten typ tak ma, nie wiem – genetycznie, czy cuś? Tam, gdzie wielu widzi uroczy biały puch, bezkresną przestrzeń kreatywności (choć akurat to się dwa lata temu zdarzyło i mnie 😉 ), już się rozmarza, kiedy przypnie do nóg łyżwy albo narty/snowboard i poszusuje szaleńczo na łeb na szyję, ja ciągle widzę pierdzielony śnieg i zimno. A jedyne o czym marzę to – nomen omen – marzec, kiedy wreszcie zieleń zacznie nieśmiało wyłaniać się spod resztek błota i psich kup, a.k.a. pierwszych kwiatów wiosny, zwanych swojsko stolczykami. Bez żadnego problemu mógłbym żyć bez śniegu. Zimo wypier***!