Ostatni Jedi – czas przemija, ale Moc jest wieczna

Gwiazdka dopiero za 6 dni, ale dla mnie Mikołaj przyszedł z pierwszą wizytą już w minioną środę 🙂 Czy Ostatni Jedi, VIII część niestarzejących się Gwiezdnych Wojen, była prezentem na który warto było czekać? Na początek spoiler-free (jeśli jakimś cudem ktoś jeszcze nie widział 😉 ), w dalszej części ostrzegę.

To już nie są takie Gwiezdne Wojny jak kiedyś. I nigdy nie będą, z wielu względów. Dlaczego? Spójrzmy choćby na Hana, Luke’a i Leię, porównajmy ich z 2. trylogią. Widzicie różnicę? No właśnie, zestarzeli się, a my – ci, którzy marudzą, że „to se ne vrati” – też! Co więcej – zmieniły się czasy i cała otoczka, zarówno w odległej galaktyce, jak i w naszym prawdziwym świecie. Czegoś innego oczekują od życia główni bohaterowie sagi (choć w sumie Han to już niczego 😉 ), czegoś innego oczekują dzisiejsi widzowie. Nie my – ci, na których kina zarabiają najwięcej, dzieci i młodzież.

Ostatni Jedi – to on, czy oni?

I odważę się zaryzykować stwierdzenie, że na Nową Nadzieję, Imperium Kontratakuje i Powrót Jedi teraz po prostu by nie przyszli. Bo stare, bo toporne, bo „ojciec, za twoich czasów to takie dziwne filmy były”. Teraz musi być szybko, błyszcząco, dynamicznie, najlepiej, żeby nie było czasu wyjść na siku (że o spojrzeniu w ekran smartfona nie wspomnę). O tempora, o mores, ale sorry, taki mamy klimat. Nie ma miejsca na zbytnią politykę, na gierki w zaciszu gabinetów, na walkę umysłów i wywoływanie na naszych twarzach przerażenia (a przynajmniej marsu na czołach), gdy my widzimy przemianę głównego bohatera, a on jej nie widzi. Czy to w wersji topornej, gdy Han z przemytnika staje się ostoją Rebelii, czy mojej ulubionej, gdy Palpatine przekabaca minutę po minucie emocjonalnego Anakina. Dziś wszystko musi być podane na tacy, żeby przypadkiem nie było problemów ze zrozumieniem.

Trochę szkoda, ale jeśli do oglądania Ostatniego (albo Ostatnich 😉 ) Jedi podejdziemy z tą myślą, będzie nam łatwiej. Bo wbrew malkontentom gwiezdnowojenności nie brak. Chwilami jest jej aż za dużo, bo ja inaczej nazwać sytuację, gdy dokładnie wiem, czego się spodziewać? Z tym, że mnie to nie przeszkadza, traktuję to bardziej jako takie mrugnięcie okiem do fana, który zna już na pamięć schematy z pierwszych, drugich i trzecich części wszystkich trylogii 😉 Dla mnie super – dzięki temu ze Star Wars czuję się niczym w ciepłych kapciach w ulubionym domowym fotelu 🙂 Choć czasami nie wszystko okazuje się być takim, jakim się wydaje i za to też high five dla odpowiedzialnego za scenariusz i reżyserię Riana Johnsona.

Mocy w nich jest silna. Jak cholera

Ale i tak jest dobrze, wbrew pozorom niekoniecznie mega przewidywalnie. Są dylematy, są problemy egzystencjalne, są kluczowe decyzje do podjęcia, są sytuacje, gdy jednostka musi podjąć decyzję, czy stawia dobro wszystkich ponad swoim. Jest poznawanie siebie, są konflikty emocjonalne, zwątpienie, zgorzkniałość, są sytuacje, gdy na szali stają losy całego świata po Jasnej Stronie Mocy.

Ba – ciemna i jasna strona zwierają się w sposób do tej pory niespotykany – i też dowodzący tego, ile Mocy jest w obecnych głównych bohaterach. I jest od cholery emocji, jak przystało na mainstreamową twórczość lat 10. XXI wieku. I nawet śmierć jest taka pełna spokoju i… satysfakcji? A że jest komiksowo i najczęściej problem jest tylko nieco zdrapany z wierzchu? Takie czasy… Szkoda tylko, że nie było choćby chwili uspokojenia, w rodzaju kantyny na Moss Eisley, czy Pałacu Jabby. Porgi są przeurocze (choć ewidentnie wrzucone na siłę, dla przemysłu zabawkarskiego ;), bo gdyby ich zabrakło, nic by się nie stało.

Uwaga, teraz spoilery 🙂

A jeśli Ostatni Jedi już za Wami, to muszę wyrzygać z siebie trochę wątpliwości i uwag. Czy wpływają na odbiór całokształtu? Oczywiście, że nie (z powodów opisanych na początku, bo w 2. trylogii by wpłynęły), ale pozostawiają mnie w sporym dysonansie.

.

.

.

.

.

.

.

Przede wszystkim kompletnie nie kupuję chwiejności Kylo i całej sceny ze Snoke’iem. Czy naprawdę czasy zmieniły się tak bardzo, że Sith przypomina kolesia, który przełożył spotkanie u terapeuty, żeby spotkać się z szefem? Dylematy (ba, dylematy – rozszarpania!) moralne Anakina/Vadera były bardziej wyraziste, jego czarno-białości ciągnęła scenariusz trylogii prequeli, to był badass nad badassów, a 30 lat później dostajemy marną rozchwianą emocjonalnie pizdeczkę??? Nie mam nic do rozchwianych emocjonalnie, zawsze krytykuję spłycanie problemów zdrowia psychicznego, no ale do licha, to jest SITH!

Sith nie wygląda jakby się miał za chwilę rozpłakać z nadmiaru emocji! I na dodatek Snoke dał mu się pokonać tak po prostu!? Sidious/Palpatine pociągnął za sobą do grobu Vadera, a ten co – „wzion i zdech”? No i pytanie: co teraz? Toż: „Two of them there are, no more, no less. A master and a padawan”. Bo w to, że Rey da się w to wkręcić, nie uwierzę. A właśnie, i jak to jest, że nie musiała się szkolić i już we wszystkim sobie radzi? Luke powiedział jej parę frazesów i nagle co – moc stunelowana i jestem zajebista?

Leia w próżni… Leia w próżni… LEIA W PRÓŻNI? I co, i tak sobie wraca, poleży w łóżku i już jej dobrze? Mój Starszy twierdzi, że chroniła ją Moc Luke’a, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Po raz pierwszy jednak od bardzo dawna, tak jak nie lubię śmierci – ani w życiu, ani w kinie – tak tutaj poczułem spokój i ulgę. Luke, choć cały czas wzbraniał się przed Rey, na koniec zdał sobie sprawę, jak bardzo jej potrzebował. To symboliczne „zamknięcie życia”, ten uśmiech Luke’a, gdy zobaczył słońce, spowodowały, że odetchnąłem razem z nim. Mistrzu – odszedłeś z wielką klasą…

…choć gdyby nie YODA(!!!), mogłoby Ci tak dobrze nie wyjść 😉