Browar Jana Oktavio 500 – Pyszny efekt kontemplacji

Mam ostatnio szczęście do polskich piw. O ile Imperium Prunum, czy Samce Alfa to pewniaki, ale np. już taki Imperialny Kawko i Mlekosz bardzo pozytywnie zaskoczył. Oktavio z Browaru Jana piłem już dwa razy – najpierw wersję podstawową, która okazała się być po prostu przyzwoitym quadem, następnie zaś leżakowaną w beczce po Jacku Danielsie, która smakowała, jakby ktoś rzeczonego Jacusia dolał do piwa. Ale jako, że wyjątkowo złych skojarzeń nie było, dałem szansę mutacji nr 3. TL;DR – zdecydowanie najlepszej.

500 Dni Kontemplacji

Już za sam tytuł najnowszego Oktavio należą się oklaski. Gdy jeszcze dodamy kapitalną, minimalistyczną etykietę i (bez tego nie ma sztosa 😉 ) czarno-złoty kartonik, brawa stają się rzęsiste. W owację na stojąco przechodzą, gdy okazuje się, że cały ten zestaw kosztuje (nie pamiętam dokładnie ceny) w okolicy 13 złotych!

Skąd 500 dni kontemplacji? Macie trzy próby, by zgadnąć… No oczywiście, że dlatego, że tyle czasu było leżakowane 🙂 Jak wiadomo, mocno ekstraktywnym piwom nie przeszkadza, gdy trochę poleżą. Sprawdźmy zatem, czy Oktavio jest wyjątkiem, czy wpisuje się w regułę. Zapachowo nie jest na bogato. Może to znowu mój powtarzający się problem z percepcją zapachów, ale mam wrażenie, że Oktavio 500 Days of Contemplation pachnie zbyt delikatnie. Jak już się wwąchamy – oczywiście po ogrzaniu – jest słodycz, są charakterystyczne dla Belgów fenole, ale to wszystko jakieś takie za mgłą.

Ale smak – drodzy Państwo, smak to po-e-zja! Ależ to piwo jest kapitalnie zbalansowane. Jest słodycz, są przyprawy, jest delikatna goryczka, jest bardzo wyraźna gęstość, mocna strona słodowa i alkohol, którego w zasadzie kompletnie nie czuć. Czerwone owoce, soczysty miód, coś jakby delikatne toffi… Kapitalne bogactwo idealnie skomponowanego smaku.

Kapitalne piwo. Za te pieniądze to jak za darmo. Ale nie ma co leżakować – ono już swoje wyleżakowało. Trzeba PIĆ. Albo dać komuś w prezencie. No bo przecież w kartoniku, znaczy się wypas 🙂