Mundial, czyli „Panowie piłkarze”…

Jest mi zwyczajnie po ludzku przykro. Kiedyś piłkę nożną oglądałem zawsze, kiedy się dało. Z roku na rok mi przechodziło i teraz włączam TV tylko na jakieś ciekawsze mecze Barcelony, no i oczywiście reprezentacji Polski. Dlatego jak większość Polaków, jarałem się na Mundial. I – może jestem dziwny – nie potrafię umiejscowić siebie w grupie tych, którzy „od zawsze wiedzieli”. Nie chciałem być malkontentem, wkurza mnie „polactwo” w najgorszym rozumieniu tego słowa. Dlatego jestem wśród tych, którzy czują się, jakby dostali w pysk.

Eliminacje nadziei, Mundial tragedii

Oszukali mnie. Was też oszukali. Tylko siebie nie, bo u nich przecież kasa się zgadza. Uwierzyłem. Uwierzyłem, że drużyna, która zawojowała Euro 2016 i naprawdę dobrze (poza wpadką z Danią) spisała się w eliminacjach, może przynajmniej wyjść z grupy. No i będąc w tej drugiej grupie, okazałem się totalnym frajerem.

Uwierzyłem w to, że mój kraj reprezentują ludzie, dla których – jak „frazesowo” by to nie zabrzmiało – noszenie koszulki z Orłem jest zaszczytem. Którzy – jak olimpijczycy – poświęcili ostatnie lata (no dobra, rok chociaż) przygotowaniom do było nie było najważniejszej imprezy. Nie szukałem po Twitterze insiderskich informacji. Nie szukałem w Faktach i SuperExpressach informacji o tym, czy szykują się na mundial, czy chleją, trenując w wolnych chwilach. Wierzyłem, że trener, zarabiający kupę kasy, jest skupiony tylko na tym, by przygotować i przećwiczyć tyle wariantów taktycznych, by móc w każdej sytuacji zaskoczyć rywali.

„Przecież wszystko jest dobrze”

Po porażkach z Senegalem i Japonią czytam wszystkie – mniej lub bardziej bliższe prawdzie – ploty w sieci i totalnie schodzi ze mnie powietrze. Po pozytywnym nakręceniu sprzed dwóch lat nie zostało już nic. Jestem w stanie zrozumieć porażki, to nie chodzi o to, że oczekuję od Polaków gry o mistrzostwo świata, bądźmy realistami. Ale jeśli mają przegrać, to po takiej grze, jak Maroko, czy Iran, które na tych mistrzostwach rozpieprzyłyby nas w drebiezgi. Przyjechać, dać z siebie wszystko, zrzygać się na boisku, schodzić z niego ostatkiem sił, WALCZYĆ!!! U steru z trenerem, który ma gotowe warianty U, W i X, a nie A, B i „o ja pie**olę”. Mam prawo oczekiwać, że na boisko w biało-czerwonych barwach wyjdą ludzie, którzy po przegranym meczu, w którym dali dupy, przyznają, że dali tej dupy, a nie powiedzą, że przecież wszystko jest dobrze, a oni grali jak potrafili. Gówno prawda. Może dwóch-trzech może po tym turnieju spojrzeć sobie w oczy i nie ma w tym gronie zadufanego w sobie trenera.

Panowie piłkarze.
Po EURO pchałem Was na ołtarze,
Dziś naplułbym wam w twarze,
Gówniarze