20 lat później, czyli powrót do Porto

Ostatnio z mojego bloga zrobił się nieregularnik. Jasne, piszę częściej, niż przez ostatnie pół roku (tyle dobrego), ale wciąż do regularności daleko. Sorry, ale tak mi się ułożyła sytuacja w życiu. I choć dziś środa, temat będzie bardziej sobotni, luźniejszy. Pisany z kieliszkiem porto w dłoni, bo właśnie mojego krótkiego, 5-dniowego urlopu w Porto będzie tyczył.

Porto, czyli spokój

W drugim co do wielkości mieście Portugalii już kiedyś byłem. Nawet dwa razy – rzecz w tym, że miało to miejsce 22 i 20 lat temu. Gdy więc pojawiła się okazja (a raczej tanie bilety w Wizzair), długo się nie zastanawiałem. Już będąc tam za gówniarza pokochałem to miasto i jego mieszkańców. Stare, nawet XIII-wieczne domy, słynne azulejos (czyta się „azuleżos”), czyli – hmmm – coś w rodzaju glazury na ścianach, a przede wszystkim… spokój.

Zarówno 20 lat temu, jak i teraz, odniosłem wrażenie, że mieszkańcy Porto nigdzie. Się. Nie. Spieszą. Oni sobie po prostu żyją, mając wy**bane na wyścig szczurów. Pewnie w Lizbonie jest inaczej, ale tam, nad Rio Douro i Oceanem Atlantyckim wszystko dzieje się powoli. Takim synonimem Porto jest dla mnie „Dżepetto” – starszy pan, obrabiający drewno (chyba na karnisze?), na którego warsztat trafiłem, uciekając z dala od turystycznych szlaków i idąc wąskim, pełnymi starych domów, uliczkami Porto.

Mam przeczucie graniczące z pewnością, że w Warszawie na tak magiczne miejsce bym nie trafił. Warsztat „Dżepetta” mieścił się tuż za uchylonymi przesuwnymi drzwiami, metr – może dwa – od ulicy, a przyciągnęło mnie do niego monotonne terkotanie widocznego na zdjęciu pasa transmisyjnego. Magia. Normalnie magia.

Nie bójcie się hosteli

Ten wyjazd z założenia miał być niskobudżetowy. Tzn. na piwie oszczędzać nie chciałem 😉 (o tym dalej), ale z noclegiem nie chciałem przesadzać. Na booking.com wpadł mi w oko hostel „Passenger” i choć początkowo się wahałem, gdy zobaczyłem notę 9,6 (na 10, przy przeszło 1000 opinii), stwierdziłem: „What the hell, niech będzie!”. To był KA-PI-TAL-NY pomysł. Każdemu polecam Passengera, to – wiem, powtarzam się – magiczne miejsce, z kapitalnym klimatem. Absolutnie nie przeszkadzał mi nocleg w 10-osobowym dormie, szczególnie, że w pokoju było cicho, swoje rzeczy chowałem w zamykanej na chip szafce, a kibli i łazienek (podobnie zresztą, jak czystości dormu) mogłyby się powstydzić niektóre trzygwiazdkowe hotele.

No a przede wszystkim Passenger wygrywa lokalizacją. To hostel, mieszczący się w… budynku XIX-wiecznego dworca Sao Bento! Na samym dworcu rzucają na kolana cudowne azulejos, pokazujące wydarzenia z historii Portugalii, jednak na mnie największe wrażenie zrobiła strefa wypoczynku, gdzie oglądaliśmy mecze piłkarskiego mundialu, a za wielkim panoramicznym oknem widzieliśmy dworzec Sao Bento, z pociągami i spieszącymi się pasażerami. Kapitalna sprawa. Aha, no i śniadanie było super. Za pokój z pysznym śniadaniem płaciłem 25 euro za noc, a relaks w zajebistej sali na najwyższym piętrze dworca i śniadanie z piątką sympatycznych dziewczyn ze: Szwecji (ależ ona śliczna była 🙂 ), Czech, Kanady, RPA i Japonii są jak w reklamie Mastercarda – bezcenne.

Krafty niczego nie urwały, za to francesinha była pyszna

Wiadomo było, że jadąc do innego kraju, popróbuję kraftów 🙂 Chyba nie wątpiliście? O ile w Porto dominuje – hmmm, cóż za niespodzianka 😉 – Porto (białe Porto z winiarni Kopke, pite przed południem nad brzegiem Rio Douro, super sprawa, polecam gorąco 🙂 ), Portugalczycy nie gęsi i swój krafcik mają. Inna sprawa, że najlepsze piwo, jakie tam wypiłem, uwarzono w… Estonii. Anniversary Barley Wine 2018 z Sori Brewing urwał dupę (tak na 4.5/5 na Untappd). Z portugalskich wygrało pierwsze, które piłem (kupione po drodze z lotniska do hostelu 🙂 ), Plantageneta, Barley Wine Madeira B.A. (4/5). Warto zaznaczyć, że nawet tamtejszy naczelny eurolager, tzw. Super Bock, w niemal 30 stopniach ciepła i dużej wilgotności okazał się być całkiem smaczny (wiem, wiem – co ja gadam, masakra jakaś, nie? 🙂 ). Z kraftowych knajp najbardziej polecam Catraio Craft Beer Shop na Rua de Cedofeita.

Aczkolwiek, jeśli mówimy o smaczności, wygrała niejaka Francesinha. Naczelny fastfood Porto to kanapka z dwóch kromek tostowego chleba, z mięsem, kiełbasą i szynką w środku, sadzonym jajkiem na wierzchu, zapieczona z serem, podana w głębokim talerzu, w sosie przypominającym zagęszczoną pomidorową, z talerzem frytek. Ależ. To. Kapitalnie. Smakuje. I syci jak cholera 🙂 Warto pamietać, że o ile na peryferiach miasta (np. po drodze nad ocean) francesinhę dostaniemy nawet za 5 euro (z butelką coli w cenie), to w centrum „goła” kanapka to 8,5 euro, do tego 1 euro za jajko, 1,5 za frytki i 1,8 za pi… tzn. Super Bocka.

Urlop się udał

To było super pięć dni. Przyjechał do mojego ulubionego europejskiego miasta, odpocząłem, zresetowałem się, naładowałem akumulatory, pomoczyłem kopytka w morzu, wypiłem trochę innych niż zwykle piw i świetne porto. Polecam wizytę nad Atlantykiem, tym bardziej, że jeszcze do końca wakacji lata tam Wizzair (pewnie na następne wróci), w efekcie czego codziennie w Porto spotykałem jakiegoś Polaka. Przede wszystkim jednak warto zwiedzić to piękne miasto, pełne azulejos, uroczych, wąskich uliczek, a przede wszystkim żyjące co najmniej 5*wolniej, niż Mordor na Domaniewskiej.