Szkołę mą widzę… bez prac domowych

Dobra, zrzuciłem z pleców pewne zobowiązanie – w zasadzie kilka, ale nie o wszystkich powinno się pisać na blogu – więc pora wrócić do „nieco” większej regularności. A nad tematem felietonowym myślałem tak długo, aż… zaczęła się szkoła 🙂 A tam Starszy do VII klasy, 16 przedmiotów i – jak myślę – odpowiednio więcej prac domowych. Koszmaru dzieciaków, który w mojej opinii świadczy wyłącznie o słabości polskiej szkoły.

Jak w korporacji

Takie odniosłem wrażenie, zobaczywszy plan lekcji Starszego, przynajmniej jeśli chodzi o poniedziałek i wtorek. Na 8 do szkoły, o 15.30 koniec. Dodajmy do tego fakt, że trzeba przyjść trochę wcześniej i mamy dzień jak w robocie. „Przecież ma przerwy!” – powiecie zapewne. Ano ma. A wy nie chodzicie na kawę? Do toalety? Na – nałogowcy paskudni! – papieroska? Stawiam bitcoiny przeciwko wenezuelskim boliwarom, że większość z nas na co dzień pozwala sobie na więcej przerw w pracy, niż nasze dzieciaki mają w szkole! No i pamiętajcie o najważniejszym – my, wracając do domu, nie mam jeszcze do zrobienia prac domowych… Tzn. mamy, trzeba zrobić obiad, posprzątać, uprać – wiadomo 🙂

Ale też wiecie, że nie o takie chodziło. Są oczywiście tacy dorośli, którzy przynoszą sobie pracę do domu (i jestem pewien, że jedna z tych osób czyta ten tekst i niech wie, że właśnie się do niej uśmiecham 😉 ), ale myślę, że to mimo wszystko odstępstwo od reguły. Generalnie dorośli wychodząc z pracy mają mieć prawo do odpoczynku. Dlaczego zatem nie mają go dzieci?

Koszmar prac domowych

Od zawsze byłem zwolennikiem tego, by dzieci zaczynały szkołę już w wieku sześciu lat. Praca nad psychicznym i emocjonalnym rozwojem dziecka, stymulowanie neuronów do wzmożonej pracy – to wszystko na poziomie przedszkola (że o samym podwórku nie wspomnę) nie jest tak efektywne, jak w szkole. Śmieszyło mnie, gdy słyszałem, że wczesne pójście do szkoły „odbiera dziecku dzieciństwo”. Czasami tak być może, ale wcale nie musi, a wiele zależy od… tak, zgadliście: tych nieszczęsnych prac domowych.

Nie widzę problemu w tym, że sześciolatek spędza kilka godzin dziennie w klasie, gdzie pani od nauczania wczesnoszkolnego wciska mu mozolnie do głowy podstawową wiedzę. Na przykładzie Młodszego mam przykład, że to się da robić dobrze (pozdrawiam Panią Sylwię, jeśli jakimś cudem to czyta 🙂 ). Pamiętam szok Starszego, gdy Młodszy w pierwszej klasie regularnie przychodził bez zadanych prac domowych, podczas gdy jego samego wciskano w ten kierat od pierwszego tygodnia. Bo jeśli coś odbiera dzieciństwo to właśnie one. Nie jestem w stanie zaakceptować sytuacji, gdy dzieciak w podstawówce dostaje tyle do roboty, że nie ma czasu wyjść na dwór zanim zapadnie zmrok. Że życie tak wcześniej staje się dla niego koszmarnym kieratem. Takim, w którym po wykonaniu obowiązków nie ma już czasu na przyjemności. Bo to właśnie one, zabawa, bieganie po dworzu, nawet łapanie Pokemonów (o tempora, o mores) – to wszystko jest dzieciństwem, odbieranym przez koszmar prac domowych.

Nie jestem i nigdy nie byłem nauczycielem. Nie znam wymagań programu i ilości tego, co trzeba do młodych głów wtłoczyć. Pytanie jednak, czy fakt zadawania mnóstwa rzeczy do domu nie świadczy przynajmniej o tym, że nauczyciel ma problemu z organizacją swoich zadań? I w ten sposób ułatwia sobie życie? Tylko dlaczego kosztem dzieci?