Give me One More Beer (Festival)

Wiedziałem, że w końcu tam trafię. Bardzo zazdrościłem tym, którzy mieli okazję pojawić się na pierwszej edycji One More Beer Festival i gdy tylko w moim życiu nastąpiły pewne istotne zmiany, niemal od razu kupiłem bilet 🙂 Oczywiście nie na cały festiwal tylko na jedną sesję, ale o tym potem.

Pij ile wlezie (ale najpierw zapłać 🙂 )

Pamiętacie, jak chyba ze dwa lata temu pisałem, że dla mnie idealną formułą piwnego festiwalu jest „płać raz, pij do porzy…, tzn. skutku?” 🙂 Gdy dowiedziałem się, że tak będzie wyglądał One More Beer Festival, wiedziałem, że pojawię się w hali krakowskiej Chemobudowy, zastanawiałem się tylko nad formą. Na upartego pewnie odłożyłbym 450 PLN na trzy festiwalowe sesje, ale pytanie brzmi: ile bym z nich pamiętał? One More Beer – o czym nie wszyscy zapewne wiedzą – składa się z trzech 4,5-godzinnych sesji, z biletami po 199 PLN na pojedynczą. Jedna ma miejsce w piątek po południu, dwie kolejne w sobotę (rano i po południu). Na każdej z nich 30 uczestniczących browarów (20 z zagranicy i 10 z Polski) prezentuje po dwa piwa.

Piwa w założeniu mają być różne i przynajmniej jedno na sesję powinno być „sztosem”, bądź chociaż premierą. Mamy więc 60 piw na sesję/180 na wszystkie trzy i nawet przy założeniu, że każdego będziemy pić po 50 ml (taką cechę ma śliczne festiwalowe szkło, zmieści dwa razy tyle) to i tak daje to 3 litry trunków, gdzie spora część z nich to mocarze >10% alkoholu. Oczywiście znam takich, którzy jeszcze się dopijają między sesjami (pozdro Rami 😉 ), ale standardowi ludzie, jak ja, nie daliby rady. Been there, done that, a o tym poniżej 🙂

Impreza dla beergeeka

Pan po lewej ma zdecydowanie rację, choć na Chemobudowie nie widziałem ludzi chorych, co najwyżej szczęśliwych 🙂 Gdy jeszcze przed otwarciem pierwszej sesji spojrzałem na halę, miałem wrażenie, że ci wszyscy ludzie ni cholery się tu nie pomieszczą. Nic bardziej mylnego :), a to w dużej części efekt tego, że Grzesiek Korcz i Tomek Rogaczewski nie dają się pokusie jeszcze większego zarobku i liczba biletów na każdą sesję jest: skończona, nieprzesadnie duża. Dzięki temu nawet przez chwilę nie odczułem wrażenia tłoku.

W ogóle atmosfera była kapitalna. W środowisku (czyli na Facebookowej Jepiwce) zdarzali się tacy, którzy mówili, że One More Beer Festival to impreza pozwalająca poznać  świat kraftu. Nope. Od tego są wszystkie inne festiwale. Krakowska impreza jest bezdyskusjnie imprezą dla beergeeków. Dla ludzi, którzy bardzo często się znają, którzy wiedzą po co tam są, są w pełni świadomi tego, że wydają te – obiektywnie niemałe – pieniądze i nie będą pluć „tym paskudztwem”, a co najwyżej narzekać konstruktywnie na jakość danego wypustu.

Gimme One More Beer

Dobra, ja tu gadu gadu, a kluczowe pytanie brzmi: Jak napoje? Nie będę się bawił w obrazki i szczegółowe rozpiski, za dużo tego było, ale Top 5 warto opisać:

  1. Blueberry Spaceship Box (Superstition Meadery) 5/5
  2. The Lush (Moksa Brewing Co.) 4.75/5
  3. Peanut Butter Jelly Crime (Superstition Meadery) 4.5/5
  4. Komplott: Raspberry and Yuzu (Zagovor Brewery) 4.5/5
  5. Wheezin’ The Juice (Warpigs) 4.25/5
    Toasted Maple Stout (Lervig) 4.25/5

Od razu widać, żem #teamsłodyczka, bo np. obłędnych ponoć kwasów i dzikusów (przynajmniej w opinii zacnych kolegów z Jepiwki) tu nie ma. Na ale ja zawsze byłem łasuch. Pierwsze miejsce niemalże doprowadziło mnie do płaczu ze wzruszenia. To niby cydr borówkowy, ale ma tak kapitalnie zgrany kwasek ze słodyczą, owocowością, mnóstwem smaków i zapachów pobocznych, po prostu ciekła mi ślina, a uśmiech nie schodził z twarzy… Peanut Butter to już nie było to, było nieco słodziej, ale faktycznie tak jak w nazwie, była gęstość i faktura masła orzechowego. The Lush – ależ ja się czaiłem na Moksę! – nie zawiódł. Co poniektórzy koledzy narzekali, ale tutaj była i gęstość, i kawa, i czekolada, paloność idealnie wkomponowana w całość… Żałuję, że podszedłem po drugie.

Kompot od Rosjan z Zagovora bardzo miło zaskoczył. To było takie orzeźwienie po RISach i miodach :), wyraźnie kwaskowe, bardzo rześkie, w opór pijalne piwo. Z IPA w mojej czołówce zmieścił się tylko Wheezin’ The Juice, ale do czegoś muszę Wam się przyznać. Zacząłem od mocarzy i potem percepcja smakowa się nieco popsuła…

Czy było warto?

Śródtytułowe pytanie jest oczywiście retoryczne 🙂 Nie byłem na festiwalu z lepszym lineupem, lepszą atmosferą, lepszą – hmmm – wygodą egzystencji (nie było tłoku, nigdy!) i lepszym value for money. Byłem na festiwalu w lepszej lokalizacji ;), ale co mi po Legii, gdy muszę przepychać się ze stoiska do stoiska z łokciami przy ciele. No i miło się zrobiło, gdy okazało się, że na festiwalu – było nie było – piwa wystawił się także Jameson. Nic nie dzieje się bez przyczyny, a tzw. kumaci 😉 wiedzą, że to dlatego, iż irlandzka destylarnia whiskey wypuściła na rynek swoje wysokoprocentowe trunki w wersjach leżakowanych w beczkach po IPA (na zdjęciu po lewej) i stoucie. Mimo, iż piłem je na koniec, smak pamiętam, może dlatego, że z racji zawartości alkoholu był „nieco” bardziej wyrazisty 🙂 Ku mojemu zaskoczeniu Caskmates IPA okazał się być znacznie bardziej smukły i „grzeczny”, podczas, gdy Caskmates Stout nieco gryzł swoją agresywnością.

A na koniec zajrzałem jeszcze do Truckarni, gdzie czekał na mnie Michał z Ciekawe Piwa z Marketów, który był uprzejmy przekimać mnie z piątku na sobotę u siebie. Ale wcześniej nakarmił, najpierw Cubanosem z Pogromców Głodu, a potem OB-ŁĘD-NYM żurkiem z NovaPolska (poziom Blueberry Spaceship Boxa, nawet moja ś.p. Mama nie robiła tak dobrego żurku!). W dużej części dzięki temu rano kac tylko lekko do mnie zapukał.

Już wiem, gdzie będę o tej porze za rok 🙂 Co i Wam radzę.