Najpierw pomóż sobie

Jak zapewne co bardziej spostrzegawczy 😉 zauważyli, nie bywam tu ostatnio zbyt często. W zasadzie znacznie częściej nie bywam, niż bywam. Dlaczego? Część wie, a pozostałym musi wystarczyć informacja dość istotna w kontekście tego, co poniżej. Mam za sobą cholernie ciężki już prawie rok. Rok, podczas którego spędziłem dużo czasu wyrzygując swoje lęki przed osobą kompletnie mi nieznaną, której teraz ogromnie dużo zawdzięczam (jeśli ktoś potrzebuje namiaru na znakomitą psychoterapeutkę, piszcie na blogowego maila). Rok podczas którego czasowo spadłem z listy potencjalnych dawców szpiku, bo ani antydepresanty, ani xanax, czy hydroksyzyna to nie jest coś, co pomogłoby wyleczyć białaczkę. Rok, w którym na własnej skórze (czy raczej duszy) przekonałem się, jak paskudną k**wą jest Depresja. Przez duże, a nawet BARDZO DUŻE DE. Przez tak samo duże D, jak Demolka, którą potrafi nam zrobić nie tylko pod kopułą, ale i w całym życiu.

Depresja uczy empatii

W każdym razie na pewno nauczyła jej mnie. Doświadczając na własnej skórze tego wszystkiego, co z nią związane (nie będę się rozpisywał, nie ma sensu wyważać otwartych drzwi, u Moniki Kotlarek poczytacie na ten – i nie tylko ten –  temat mnóstwo, a bardziej fachowego i ciepłego psychologicznego pióra w polskiej sieci nie znalazłem) nie tylko wyrobiłem w sobie totalną alergię na żarty z zaburzeń psychicznych (bo takim jest też depresja), ale również w cholerę zrozumienia dla tych, którzy przeżywali/przeżywają to samo, nierzadko w wyraźnie większej skali, niż ja. No bo jak, wiedząc co wtedy dzieje się z człowiekiem, odmówić pomocy? Jak nie wyciągnąć ręki, gdy wie się samemu, jak cholernie potrzebuje się kogoś, kto po prostu wysłucha? Tym bardziej, gdy chodzi o człowieka, którego znasz, z którym potrafiłeś przegadać mnóstwo czasu, którego nie wahałeś się przyjąć pod swój dach.

Więc byłem. Nawet wtedy, gdy sam każdego ranka z trudem zbierałem się do kupy, a wieczorem, gdy stężenie SSRI we krwi spadało i zastanawiałem się, czy brać przed snem kolejny xanax, k***a byłem. Słuchałem (czy raczej czytałem) treści, z której lała się cze… nie, ona cała była czernią. Pełnej życiowej beznadziei, totalnego braku wiary w siebie, z miesiąca na miesiąc coraz częściej wypełnianej nie tylko myślami, ale planami samobójczymi. Depresja w esencji, z pięciu torebek. Starałem się pomóc, doradzić, pokierować, nieco rozjaśnić jego faktycznie totalnie popieprzoną rzeczywistość. Potrafiłem, sam trzęsąc się z nerwów, rozmawiać na Messengerze po 2-3 godziny, bo przecież nie zostawia się człowieka z tak zaawansowaną depresją w potrzebie! Dopiero, gdy samemu udało mi się wyrwać dołka, który przez lata sam sobie wykopywałem, nabrałem odwagi, by powiedzieć STOP!

Nie jestem w stanie Ci pomóc

Zdałem sobie sprawę – nie bez wsparcia terapeutki – że brnę w drogę bez wyjścia. Że usiłuję pomóc człowiekowi, dla którego nie jest istotna pomoc, który nawet nie dopuszcza do siebie myśli o niej. Dla niego kluczem jest wylewanie swojej bezkresnej czerni na coraz mniejszą liczbę ludzi, którzy chcą mu jeszcze pomóc. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest empatia – to utwardzanie się w totalnie toksycznym układzie, w którym nie pomogę żadnemu z nas.

I dokładnie z takim przekazem chciałem do niego dotrzeć. Delikatnie, wciąż empatycznie, ale stanowczo, powiedziałem: „Stary, wybacz, ale ja po prostu nie potrafię Ci pomóc. Chciałbym, starałem się przez ten cały czas, ale więcej już nie jestem w stanie zrobić”. Kontakt się urwał, kolejnych prób rozmowy już nie było, aż do sytuacji sprzed bodaj dwóch tygodni, która sprowokowała mnie do napisania tego tekstu.

Nie było warto?

Na początku chciałem odpisać. Wysłać na Messengerze tekst pełen negatywnych emocji z tych wszystkich miesięcy, taki wyrzyg całego zła, które wywołało we mnie te siedem linijek tekstu. Potem kilka razy głęboko odetchnąłem i zrobiło mi się prostu przykro. A na koniec pojawiła się ulga i kawałek refleksji.

Odpowiadając na śródtytułowe pytanie – nie, nie było warto. I nie chodzi to, że nie było warto pomóc – nie było warto w moim stanie psychicznym stawiać dobro kogoś, kogo miałem za przyjaciela, przed moim. Daniel Sloss, komik, którego standup wywołał we mnie mało śmiechu, ale za to mnóstwo smutnych refleksji, powiedział w swoim programie „Jigsaw” (bardzo polecam!) jeden świetny tekst, który zapamiętam do końca życia. Niby oczywisty, ale mało kto o nim pamięta:

Nie potrafimy kochać siebie. A ponieważ nie potrafimy kochać siebie to desperacko szukamy kogoś, kto zrobi to za nas.

Nic dodać, nic ująć. A desperacja bardzo rzadko potrafi doprowadzić do czegokolwiek dobrego. Nie da się pomóc komuś w problemach z samooceną, gdy własna szoruje po dnie. A gdy własna się poprawi, można zdać sobie sprawę, że mamy do czynienia z przypadkiem, gdy depresyjną stronę duszy zdominowała strona toksyczna. Szkoda naszych starań, choćby skały srały to i tak nic nie zrobi. Been there, done that. Nie dajcie się nigdy wbić w taki układ. Pomóżcie najpierw sobie – a to pomoże Wam zorientować się, czy druga strona naprawdę tej pomocy potrzebuje.

A „bohaterowi” tego tekstu, jeśli mimo regularnych zapowiedzi jednak niczego sobie nie zrobił, gdy tylko spotkam, napluję w ryj.

Chyba, że jednak znów wygra moja grzeczna strona duszy. To wtedy tylko na buty.

PS: Spróbuję tu być nieco regularniej. Jutro (a w zasadzie już dziś) jest Warszawski Festiwal Piwa. Nie ma możliwości, by zabrakło tradycyjnego tekstu 🙂