W głowę ciepło, w uszach dźwięki – test czapki Earebel

„W stopce masz, że piszesz, a na blogu pusto…” – na takie dictum (biorąc także pod uwagę z jakich ust – czy w tym przypadku, spod czyjej klawiatury 🙂 ) padło, nie miałem innego wyjścia, niż zakasać rękawy i wziąć się za robotę. Tym bardziej, że sprzęt Earebel, coś wciąż jeszcze wyjątkowego w naszym kraju, idealnie wpisuje się w nadchodzące lada dzień – brrr! – mrozy.

Gdzie założyć słuchawki?

„Dobra, już wszystko gotowe do wyjścia. Buty są, sweter jest, rękawiczki, czapka… Kurde, jak ja mam na to założyć jeszcze słuchawki?” – znacie to? W tak nieludzkich (dla mnie wystarczy, że temperatury zejdą do wartości jednocyfrowych) warunkach to standard, jeśli chcemy po drodze do pracy obejrzeć odcinek serialu, czy wychodząc pobiegać (podziwiam w tę pogodę!) posłuchać muzyki… cóż, nie jest łatwo. Douszne ciasna czapka jeszcze dopycha do uszu, a to już boli. Przy nausznych rzeczona czapka dźwięk dla odmiany tłumi. Aż dziwne, że nikt nie wpadł do tej pory na tak genialny w swojej prostocie pomysł jak Earebel!

Weźmy czapkę. Zwykłą. Może być cienkie „beanie”, może być ręcznie szyta, niczym od Babuni. Jeśli biegamy i nie chcemy się pocić, może być nawet opaska. W elemencie ubioru zróbmy (i odpowiednio obszyjmy rzecz jasna) dziury. Do nich włóżmy słuchawki, zrobione tak sprytnie, że element czapki/opaski wchodzi między dwie części słuchawki. Wodo- i wilgocioodporne rzecz jasna, bo to na powietrze sprzęt przecież. Słuchawkom dajmy oczywiście technologię Bluetooth, przecież ma być łatwo, a poza tym teraz coraz mniej telefonów ma audio jacka. I… cóż, i w zasadzie tyle.

Idziesz już? Earebel włóż!

Na co dzień to rozwiązanie sprawdza się idealnie. Wychodząc z domu włączamy uprzednio sparowane z telefonem/tabletem słuchawki, potem uruchamiamy sprzęt i tyle. Jakości dźwięku nie można nic zarzucić, a przyciski na słuchawkach pozwalają w pełni operować poziomem dźwięku i przełączać utwory. Ba, Earebele mają nawet mikrofon, co oznacza, że nie musimy kombinować, jeśli ktoś akurat zadzwoni. Rozmówcy nie narzekali, mimo iż gadałem… no do ucha gadałem, więc z jakością nie jest chyba źle. A wiecie, jak fajnie się patrzą ludzie na gościa, który gada do siebie? No bo przecież nie mam słuchawek na kablu, nic mi z ucha nie wystaje… no debil, jak nic. Debil.

Minusy? No są jakieś, nie jest idealnie. Po pierwsze – z odstającym czymś na uszach wyglądamy jak księżniczka Leia 🙂 Po drugie – jeśli telefon nie pokazuje nam poziomu naładowania słuchawek, możemy być nagle niemiło zaskoczeni, gdy zrobią „pyk”. Z tym „pyk” to też trzeba uważać, bo „pyk”, takie cichutkie, robią, gdy je wyłączamy. Żadne gromkie „disconnected”. Jeśli „pyk” przegapimy, i nie zauważymy, że lampka się świeci – patrzcie poprzednie zdanie. Z podłączaniem też nie jest idealnie, ja wciąż uważam, że one po połączeniu z telefonem mówią: „Not connected”…

No ale jest muzyka, jest ciepło w łepetynę i wygodnie. Może nie każdemu się spodoba, ale ja to kupuję. Myślę, że jeśli Wy czegoś takiego szukacie, jest spora szansa, że znajdzie model i dla siebie.

PS: Gdyby nie motywatorka z pierwszego akapitu, pewnie dalej bym czekał, aż coś napiszę. Dziękuję…